Podkopała mnie – Pani Zofio, proszę się zapoznać. To Milena, nasza nowa pracownica. Będzie pod pani…

twojacena.pl 6 dni temu

Pani Wiesławo, proszę poznać. To Ludmiła, nasza nowa pracownica. Będzie od dzisiaj pracować w pani dziale.

Wiesława unosi wzrok znad monitora i dostrzega drobną dziewczynę, która wygląda na kilka ponad dwadzieścia lat. Jasnobrązowe włosy spięte w porządny kucyk, na twarzy szczery, lekko nieśmiały uśmiech. Ludmiła nerwowo przekłada ciężar z nogi na nogę, ściska cieniutką teczkę z dokumentami.

Miło mi bardzo dziewczyna lekko się kłania. Cieszę się, iż mnie przyjęliście. Obiecuję dać z siebie wszystko.

Szef, pan Roman Zając, już wychodzi z gabinetu, ale zatrzymuje się w drzwiach.

Pani Wiesławo, pracuje pani w logistyce już dwadzieścia lat, proszę wdrożyć Ludmiłę. Pokaże jej pani wszystkie zasady: system, trasy, kontakty z przewoźnikami. Za miesiąc powinna prowadzić samodzielnie swoją część.

Wiesława kiwa głową, uważnie przyglądając się nowej. Dwadzieścia trzy lata mogłaby być jej córką, gdyby miała dzieci. W wieku pięćdziesięciu pięciu lat już dawno pogodziła się z tym, iż rodzina zawsze pozostanie niespełnionym marzeniem. Tylko praca, mieszkanie z pelargoniami na parapecie i kot Felek.

Siadaj tutaj wskazuje jej sąsiednie biurko. Zaraz się wszystkim zajmiemy.

Przez pierwszy tydzień Ludmiła myli kody przewoźników i zapomina uzupełniać rejestr. Wiesława cierpliwie poprawia, tłumaczy jeszcze raz, rysuje jej schematy na kartkach.

Popatrz, tu wpisałaś Poznań, a przesyłka jest do Białegostoku. Dwa razy przez całą Polskę, rozumiesz?

Ludmiła czerwieni się aż po same uszy, przeprasza i od razu poprawia błąd. Zaraz potem znowu coś zawali ale już gdzie indziej.

Pod koniec drugiego tygodnia zaczyna iść lepiej. Ludmiła gwałtownie łapie, notuje każde słowo Wiesławy w sfatygowanym zeszycie z kotkiem na okładce.

Pani Wiesławo, dlaczego nie współpracujemy z tym przewoźnikiem? Mają fajne ceny.

Bo już dwa razy zawalili terminy. Renoma ważniejsza niż promocje, zapamiętaj sobie.

Ludmiła kiwa głową i robi notatkę. Nagle pyta:

Pani sama piecze te drożdżówki? Całe pudełko pachnie na pół biura.

Wiesława uśmiecha się pod nosem. Na drugi dzień przynosi większe pudełko z kapuśniakami. Ludmiła pochłania je podczas przerwy obiadowej z takim zachwytem, jakby właśnie trafiła na coś nie z tej ziemi.

Moja babcia tak piekła dziewczyna zbiera okruszki ze stołu. Odeszła dwa lata temu. Strasznie za nią tęsknię.

Wiesława niespodziewanie kładzie dłoń na cienkich palcach Ludmiły. Ta nie odsuwa się, przeciwnie wdzięcznie się uśmiecha.

Potem są szarlotki, serniczki, piernik, który Ludmiła okrzykuje najlepszym w życiu. Wiesława łapie się na tym, iż specjalnie piecze więcej, by móc ją poczęstować. W sercu budzi się jakieś dawno zapomniane ciepło.

Pani Wiesławo, mogę o coś zapytać? Tak prywatnie.

Śmiało, pytaj.

Chłopak mi się oświadczył. Ale spotykamy się dopiero pół roku. Jak pani myśli, za wcześnie?

Wiesława odkłada dokumenty i długo patrzy na Ludmiłę na jej niepewne oczy.

jeżeli masz wątpliwości, to jeszcze za wcześnie. Gdy spotkasz tego odpowiedniego, nie będziesz pytać.

Ludmiła oddycha z wyraźną ulgą, tak jakby nagle fotografie ciężar spadł z jej serca.

Pod koniec trzeciego tygodnia Ludmiła sama zaczyna prowadzić rozmowy z przewoźnikami, sprawdza trasy, wyłapuje cudze błędy. Wiesława patrzy na nią z cichą dumą udało się. Wychowała ją.

Jest pani dla mnie jak mama mówi kiedyś Ludmiła. choćby lepsza. Moja zawsze tylko krytykuje, a pani wspiera.

Wiesława mruga, odwraca się do okna.

Oj tam. Do roboty marsz.

Ale jeszcze przez długie godziny nie może się pozbyć uśmiechu.

Ludmiła rozkwita przez ten miesiąc. Wiesława widzi, jak śmiało dziewczyna rozmawia z przewoźnikami, jak gwałtownie łapie nowe zlecenia, jak sprawnie porusza się po bazie danych. Przerosła oczekiwania.

…Na piątkowym zebraniu Roman Zając jest poważniejszy niż zwykle. Siedzi na czele stołu, bawi się długopisem i długo milczy, zanim zacznie mówić.

Sytuacja trudna spogląda po wszystkich. Rynek siada, trzech kluczowych klientów przeszło do konkurencji. Zarząd podjął decyzję o redukcji etatów.

Wiesława wymienia spojrzenia z koleżankami. Wszyscy wiedzą, co znaczy redukcja. Zwolnienia.

W ciągu miesiąca będą podejmowane decyzje w każdym dziale kontynuuje Roman. Na razie pracujemy normalnie.

Po spotkaniu Wiesława wraca do biurka i ukradkiem zerka na Ludmiłę. Ta patrzy w ekran, ale palce zawisły nad klawiaturą.

Pięćdziesiąt pięć lat. Wiesława zna rachunek. Ma najwyższą pensję w departamencie. Duży staż, więc i odprawa będzie solidna. Z punktu widzenia księgowej idealna kandydatka do zwolnienia. Boli, jest przykre, ale da radę. Do emerytury blisko, oszczędności są, kredyt dawno spłacony.

Ale Ludmiła… dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przestała żartować na lunchu, nie prosi o dokładkę piernika, patrzy gdzieś obok, gdy Wiesława się do niej zwraca.

Ludmiło, coś się stało? Wiesława przysiada na rogu jej biurka. Martwisz się o te zwolnienia?

Dziewczyna podskakuje, uśmiecha się wymuszenie.

Nie, wszystko dobrze. Po prostu jestem zmęczona.

Ale Wiesława widzi, iż to nieprawda. Bidulka dopiero co dostała tę pracę, dopiero stanęła na nogi, a tu już taka niepewność… To niesprawiedliwe.

Dwa tygodnie mijają w pełnym napięcia oczekiwaniu. Wszyscy szepczą po kątach, kto poleci pierwszy. Ludmiła pracuje w ciszy i skupieniu. Wiesława często czuje jej dziwny wzrok, ale uznaje to za wynik nerwowej atmosfery.

W czwartek po południu na wewnętrznej poczcie miga wiadomość: Pani Wiesławo, proszę do gabinetu dyrektora.

Wiesława podnosi się, poprawia żakiet. No i stało się. Dwadzieścia lat w firmie, a teraz do widzenia. Jest przygotowana na tę rozmowę.
Puka do drzwi i nieruchomieje.

W fotelu naprzeciwko Romana Zająca siedzi Ludmiła. Wyprostowana, z teczką na kolanach, twarz bez wyrazu.

Proszę, niech pani siada Roman wskazuje wolne miejsce. Musimy poruszyć istotną sprawę.

Wiesława siada, spoglądając to na szefa, to na Ludmiłę. Dziewczyna nie odwzajemnia spojrzenia.

Ludmiła bardzo solidnie pracowała mówi Roman, rozkładając jakieś papiery. I wykryła kilka poważnych błędów. W pani dokumentacji, pani Wiesławo.

Wiesława wstrzymuje oddech. Nie łączy faktów: Ludmiła, zeszyt z kotkiem, słowo błędy. Ta sama Ludmiła, co jadła jej szarlotkę i prosiła o radę w sprawach sercowych.

Przeanalizowałam dane z ośmiu ostatnich miesięcy głos Ludmiły jest chłodny, zwraca się tylko do Romana. Znalazłam jedenaście poważnych rozbieżności w dokumentach. Niewłaściwe kody tras, niezgodności w listach przewozowych, zamieszanie z datami wysyłki.

Wyciąga z teczki wydruki, linia po linii zaznaczone żółtym markerem. Wiesława rozpoznaje swój charakter pisma na marginesach.

Uważam, iż lepiej sobie poradzę z tym stanowiskiem Ludmiła mówi rzeczowo, jakby czytała regulamin. Pani Wiesława jest doświadczona, ale wiek robi swoje. Dla firmy bardziej opłaca się zostawić mnie mam niższą pensję, a skuteczność wyższą. To po prostu matematyka.

Roman opiera się na krześle, stuka palcami o blat.

Pani Wiesławo, co pani na to?

Wiesława podchodzi do biurka, przegląda zaznaczone wiersze. Błędy, które błędami nie były.

Nie zamierzam się tłumaczyć oddaje dokumenty. Przez dwadzieścia lat zrozumiałam, iż nie da się pracować idealnie w każdej sytuacji. Najważniejszy jest efekt: towary docierają na czas, klienci zadowoleni, pieniądze na koncie.

Ale takie błędy mogą wszystko zrujnować! Ludmiła pochyla się do przodu, pierwszy raz słychać w jej głosie emocje. Staram się dla firmy, chcę pomóc!

Roman uśmiecha się krzywo, bardziej z rezygnacją niż złością.

Wie pani, Ludmiło, jakich pracowników najbardziej nam nie trzeba? Takich, którzy dla własnej korzyści podkładają nogę koleżance.

Ludmiła blednie.

O tych błędach wiem doskonale dodaje Roman. To nie są pomyłki, tylko doświadczenie wypracowane przez lata. Wiesława świetnie omija biurokratyczne przeszkody, wie, jak przyspieszyć procedury tam, gdzie system jest powolny. Na papierze wygląda to jak złamanie reguł. W praktyce mistrzostwo. Po prostu jesteś zbyt niedoświadczona, żeby zrozumieć różnicę.

Ludmiła wbija palce w podłokietniki krzesła.

Odbędziesz jeszcze dwa tygodnie wypowiedzenia i koniec Roman zamyka teczkę. Czekam na pismo na biurku do końca dnia.

Proszę, ja nie chciałam… Potrzebuję tej pracy, mam kredyt hipoteczny, dopiero zaczęłam…

Trzeba było pomyśleć wcześniej. Możesz już iść.

Ludmiła wstaje, teczka wypada jej z rąk, papiery rozsypują się na podłodze. Zbierając je, ukrywa łzy pod długimi rzęsami.
Drzwi zamykają się niemal bezszelestnie.

Ot, widzi pani, Wiesławo Roman kręci głową. Mało brakowało, a podbiłaby pani stołek. Zmijkę sobie pani wychowała.

Wiesława milczy. W środku czuje pustkę, jakby echo długo się po niej niosło.

Pracuje pani dotąd, aż firma przestanie istnieć dodaje Roman. Takiego doświadczenia jak pani nie można stracić. Jasne?

Kiwa głową, opuszcza gabinet.

Ludmiła siedzi przy biurku, wpatrzona w monitor. Gdy Wiesława przechodzi obok, dziewczyna patrzy na nią spod mokrych rzęs surowym, zranionym spojrzeniem.
Wiesława nie reaguje, siada przy swoim stanowisku i otwiera program do obsługi zamówień.
Drożdżówki w pudełku na parapecie zostają nietknięte aż do końca dnia.

Idź do oryginalnego materiału