Nowoczesny dom, piękny ogród i silne męskie ramię – czyli dlaczego Marina dobrze wybrała męża. Po śm…

twojacena.pl 21 godzin temu

Ziemię wyrównałam. Zrobiłam dla Marioli rabaty na kwiaty. Postawiłam altanę. W domu też było czuć silną, męską rękę. Tak, Mariola dobrze wybrała sobie męża. Zupełnie dobrze. A przy tym Igor jeszcze zarabiał pieniądze. Cały czas starał się sprawiać Marioli przyjemność prezentami.

Przecież ty mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem…

Nie zostawię! powiedziała Mariola i objęła Igora. Jesteś najlepszym mężem na świecie! Nigdy cię nie opuszczę…

Nie mógł uwierzyć, iż to prawda. Nastrój Igora był kiepski…

Przeżyła z mężem dwadzieścia pięć lat, a przez te wszystkie lata podobała się mężczyznom. choćby w młodości była najbardziej rozchwytywaną dziewczyną.

Cóż, już w podstawówce niemal wszyscy chłopcy biegali za Mariolą. I przy tym wszystkim, Mariola nie była klasyczną pięknością.

Nie zostawiła swojego męża, choć był dość specyficznym człowiekiem.

Nie, Mariola była z Wiktorem aż do jego śmierci. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przysyłali piękne zdjęcia i zapraszali w gości. Ale razem z Wiktorem nigdy nie pojechali… Może Mariola jeszcze odwiedzi córkę. Ale Wiktora już nie ma.

Wiktor zginął w wypadku samochodowym. Tak bezsensownie… Potem Marioli powiedzieli, iż prawdopodobnie źle się poczuł za kierownicą. Serce go chwyciło, spanikował, nie zapanował nad autem.

Może stracił przytomność? domyślała się Mariola.

Teraz już się nigdy nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, lekarka. Przyczyna: liczne obrażenia, nie do pogodzenia z życiem.

Byłam w takim szoku. Pomagała mi wszystko ogarnąć Ela.

To ona dowiedziała się o wszystkich szczegółach przez swoje kontakty. Wiktora pochowali, a ja zostałam sama w dużym domu, który przez całe życie budowaliśmy z mężem.

Na dwoje był akurat, a kiedy przyjeżdżali goście, wydawał się choćby za mały. Ale dla jednej… dla kobiety wielki, a choćby ciężar.

Dom to dom. Potrzebna w nim męska ręka…

Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Rozmawiała ze mną o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, ewentualnej przeprowadzce do nich do Włoch.

O nie! oburzyłam się. Nie po to ten dom budowałam, żeby sprzedawać. I do tych waszych Włoch nie chcę. Widziałam już te Włochy…

Mamo!

Jakaś ty naiwna, Dariu uśmiechnęłam się przez łzy. Żartuję przecież.

Skoro żartujesz, to może nie jest tak źle.

Rzeczywiście, wszystko było nieoczywiste. Podobnie, jak i zmarły. Z jednej strony Wiktor był opiekuńczym, kochającym mężem.

Z drugiej bywał człowiekiem nastroju. Miewał takie dni, iż zamęczał mnie psychicznie do granic. Potem przepraszał, a ja byłam na tyle pogodna, iż nie rozwodziłam się nad tym przesadnie. Tak żyliśmy dwadzieścia pięć lat! Można zwariować…

Daria pobyła trochę i wróciła jej mąż miał dużo pracy, a ona śpieszyła się dbać o dom. A ja zostałam sama.

Choć znając siebie, wiedziałam długo to nie potrwa.

Tak też się stało. Popłakałam pół roku, a gdy wytarłam łzy, okazało się, iż wokół mnie znowu kręci się kilka adoratorów.

Swoją drogą, choćby mama się kiedyś dziwiła mojej popularności:

Co oni w tobie widzą? Jak muchy na lep! Przecież nie jesteś jakąś pięknością, czy ja czegoś nie rozumiem?

Jesteś kochana, mamo uśmiechałam się, poprawiając szminkę. Uroda nic nie znaczy. Kobieta musi mieć to coś, charyzmę. Mieć w sobie zagadkę.

No idź już, kobieto, baw się śmiała się mama bo narzeczony się zmęczy i pójdzie sobie.

Przyjdzie inny wzruszałam ramionami.

I prawie trzydzieści lat minęło od tej rozmowy z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż po czterdziestce nie ma wolnych facetów, nie mają za kogo wyjść.

A ja tej trudności nigdy nie czułam. choćby w wieku czterdziestu sześciu lat miałam aż dwóch adoratorów. I obaj byli całkiem nieźli.

Serce ciągnęło mnie do Damiana. Bardzo mi się podobał i z wyglądu, i w rozmowie. Sympatyczny, elokwentny. I z nim ciekawie pogadać, i nie wstyd pokazać się z nim wśród ludzi.

Ale Damian był mistrzem pogaduszek. Kochałam go chyba uszami, ale patrząc na wiek i doświadczenie, wiedziałam, iż to nie facet do życia. Tym bardziej nie do mojego dużego domu.

Drugi adorator, Igor, był zwyczajnym, solidnym facetem. Taki, co na imprezie wypije ile trzeba, ale wszystko potrafi naprawić, zbudować, rozpalić. Prawdziwy złota rączka, uległy, ale z charakterem.

Dla żony taki będzie spokojny jak baranek, a jak trzeba góry przeniesie. A jednak podobał mi się mniej głupia kobieca logika.

Nie czarował mnie słowami. Na trzeźwo był cichy. Ale po kieliszku rozgadał się, pożartował, rozruszał towarzystwo. Tyle iż po wszystkim rano już był na pełnych obrotach, zimny prysznic i znowu życie. Małomówny, ale konkretny. Jego wybrałam.

Damian się obraził, jego przemowy przepadły, więc zniknął z mojego życia.

Wyszłam za Igora, a on był wniebowzięty. Na weselu wypił tyle, iż śpiewał i tańczył do upadłego.

Ale dajesz, Mariola uśmiechnęła się Ela. Minął ledwie rok od śmierci Wiktora, a ty już wychodzisz za mąż. Nic się nie zmienia! Inne kobiety nie znajdą faceta choćby z latarką, a ty tylko wyjdziesz z domu…

Powiedz jeszcze: Co oni w tobie widzą? Nie jesteś choćby pięknością!

A tam… nie będę ci nic mówić. Ale zawsze byłaś jakaś podejrzanie rozchwytywana, fakt.

Sama nie wiem, Elu, co w sobie mam. Idź pogadaj z moją mamą.

Puściłam do niej oko i poszłam na parkiet właśnie wtedy Igor poprosił mnie do tańca. Tańczyłam z nim i w myślach odpędzałam ostatnie wątpliwości.

No i co, iż taki zwyczajny? Ale jaki silny. I złote ręce ma. choćby z wyglądu niczego sobie. A iż większość czasu milczy, może to choćby i lepiej.

A co by było, gdybym wybrała Damiana? I co dalej? Z pięknych słów jeszcze nikt się nie najadł.

W ciągu kilku miesięcy Igor zamienił moją działkę w prawdziwy ogród marzeń. Wykarczował niepotrzebne drzewa.

Wyrównał teren. Zrobił dla mnie kwietniki. Zbudował altanę. W domu znów czuć było siłę męskiej ręki.

Dokładnie wiedziałam, iż dobrze wybrałam. Zupełnie dobrze.

Igor też nieźle zarabiał, stale przynosił mi drobne upominki.

Porównałam ten krótki fragment życia z dwudziestoma pięcioma latami pierwszego małżeństwa i żałowałam naprawdę, iż nie spotkałam Igora wcześniej. Złoty chłop!

Latem robiliśmy razem grilla w ogrodzie i wieczorami jedliśmy w altanie, gdzie Igor zrobił piękny drewniany stół i ławy.

Najedzona szaszłykiem, mrużyłam oczy jak najedzony kot. Igor się do mnie uśmiechał.

Co jest, Igorze?

Nic. Cieszę się.

Jego pierwsza żona była nudziarą. Już myślał, iż nie spotka kogoś tak niezwykłego.

Cieszyliśmy się naszym szczęściem cztery lata, aż nagle Igor zaczął się… źle czuć.

Szybko się męczył. Chudł, choć nie było powodu. A jak już wypił co lubił czasem zrobić było mu jeszcze gorzej.

Igorze, musisz iść do lekarza! biłam na alarm. Czego czekasz? Ewidentnie coś jest nie tak.

Co za bzdura, Mariolu? Przejdzie samo!

Przecież to średniowiecze! A jak nie przejdzie? Boisz się lekarzy jak wszyscy faceci?

Nie.

Nie chciał mi powiedzieć, czego się naprawdę boi. A bał się tylko jednego iż jeżeli naprawdę jest chory, zostawię go. Po co mi chory facet?

Nie był głupi. Wiedział, iż wyszłam za niego raczej z praktycznych powodów, nie z wielkiej miłości. Ale on mnie kochał! Na przekór wszystkiemu.

Zakochał się od pierwszego spojrzenia zobaczył mnie w sklepie, rozkojarzoną, szukającą portfela i… już wiedział. Ta roztrzepana kobieta była dla niego zbyt urocza.

Chciał po prostu podejść, wziąć mnie za rękę, chronić przez całe życie. A jego matka spojrzała na mnie i orzekła z uśmiechem:

Synku, to twoje życie. Ale ja nie rozumiem, co w niej widzisz. Nieładna, nie młoda. Ty jeszcze możesz mieć każdą młodą dziewczynę!

Nikt inny nie był mu potrzebny, tylko ja. A teraz, jeżeli naprawdę zachorował, czy będę mu potrzebna?

Nie zdołałam go namówić na lekarza. Był sobotni wieczór. W gościach Ela z mężem, Bogdanem. Igor z Bogdanem pili piwo i smażyli karkówkę. Ela na kuchni, przy sałatce, zapytała:

Igor się rozchorował?

Sama nie wiem! westchnęłam. Proszę go, żeby poszedł, a on uparcie nie chce! A ty lekarz. Co sądzisz? Przecież nie wygląda zdrowo, nie?

No… wygląda gorzej. Schudł. I wydaje mi się, iż ma skórę taką żółtawą.

O matko! Ela, przemów mu do rozsądku! Może ciebie posłucha? Jesteś lekarką!

Ela spojrzała mi głęboko w oczy.

Mariolu… ty go kochasz? Pytam, bo pamiętam twoje wahania…

Przygryzłam wargę i nie odpowiedziałam.

I tak, Ela nie zdążyła go przekonać. Zemdlał podczas biesiady. Karetka, szpital. Pojechałam z nim. Nie odzyskał przytomności. Trzymałam go za rękę, modliłam się.

Zrobili od razu operację.

Guz na wątrobie.

Rak?! przestraszyłam się.

Czekamy na wyniki.

Okazał się łagodny, ale już spory, kiedy trafił na stół.

Lekarze zabronili mu prawie wszystkiego i ostrzegli, iż rekonwalescencja potrwa bardzo długo. I nie ma gwarancji pełnego powrotu do zdrowia wiek swoje robi.

Igor się podłamał. W szpitalu odwiedziła go mama.

Byłam w pracy, przyszła mama. Przyniosła jedzenie, które mógł lista była krótka.

Synku, nie poznaję cię! powiedziała pani Urszula. O co chodzi? Przecież przeżyłeś, nie masz raka, raduj się! Jedz tutaj te kotlety na parze.

Nie chcę…

Ale musisz! O co ci chodzi? Mariola chociaż przychodzi?

Przychodzi… jeszcze.

Czego się boisz? Że cię zostawi? Ale byłaby głupia!

Już po mnie! Nic nie mogę! choćby pracować! Mam pięćdziesiątkę dopiero w czerwcu, a już inwalida. Kto potrzebuje inwalidy?

Co się tutaj dzieje? zdziwiłam się wchodząc. Krzyczycie na całe oddziały. Dzień dobry, pani Urszulo!

Pójdę już. Cześć, Mariolu. I trzymajcie się.

Co się stało?

Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Ja umyłam ręce i podeszłam do łóżka, gdzie leżał rozżalony Igor.

No już, przestań się czepiać, inwalido. Masz ręce i nogi. Reszta się zagoi. Wiesz co czytałam o wątrobie?

No?

Że wątroba sama się regeneruje. jeżeli zostanie choć pięćdziesiąt jeden procent, to już masz z głowy. U ciebie aż sześćdziesiąt! Daj jej czas. Wszystko wróci do normy!

A ja mam ten czas?

Co?

Mam czas.

Igorze, czegoś mi nie powiedzieli? Kazałeś lekarzom coś przede mną ukrywać?

Nie o to chodzi…

Igora wypisali. Zaczęło się najgorsze. Wystarczyło trochę się poruszać, już był skończony. I to go gryzło najbardziej.

A zbliżały się urodziny. Na myśl o nich przechodziła go gorycz. Nic nie zje, nie wypije. Taka radość!

Ja udawałam, iż nie widzę, iż gwałtownie się męczy i chętnie razem z nim jadłam dietetycznie.

Mariolu w końcu zebrał się na odwagę. Powiedz mi, co z nami teraz będzie?

W jakim sensie? zdziwiłam się.

Bo ja bardzo wolno wracam do siebie. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej powiedz od razu.

Dlaczego miałabym cię zostawiać? Może i nie potrafisz już tyle, ale dobrze mi z tobą.

Tak, kiedy mogłem wszystko zrobić i zarabiać, było ci dobrze. A teraz? Sam sobie jestem ciężarem.

No i głupio myślisz. Trzymaj się, będzie dobrze.

Staram się! Ale co to ma znaczyć? Dwa ruchy młotkiem jestem wykończony.

Objęłam go od tyłu, przytuliłam twarz do jego karku.

Kocham cię. Nigdy nie zostawię. Nie śpiesz się z dochodzeniem do siebie. Niech idzie swoim tempem.

Kochasz? Naprawdę?

Naprawdę, naprawdę.

Nie zostawiam Igora. Powoli dochodzi do siebie.

Urodziny zorganizowałam mu bez alkoholu, żeby nie cierpiał, iż nie pije samotnie.

Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki.

Masz szczęście, Igor, iż masz taką żonę mówili jego przyjaciele, wychodząc.

Teraz pewnie pójdziecie i wypijecie za moje zdrowie? drwił Igor.

Pośmiali się i rozeszli. Wieczorem siedzieliśmy pod werandą, patrząc w gwiazdy. Byliśmy szczęśliwi. Tego wieczoru Igor po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej.

Uwierzył, iż wraca do sił. I iż naprawdę go nie zostawię. Mocniej mnie objął.

Co się dzieje, Igorze?

Wszystko dobrze! odpowiedział.

No nareszcie uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.

Byliśmy szczęśliwi…

Idź do oryginalnego materiału