Pamiętam te czasy, gdy wraz z Adamem, moim druhem z lat dziecięcych, biegaliśmy po warszawskim podwórku. To była jeszcze epoka PRL-u, kiedy dzieci zbierały się całą gromadą i ruszały do centrum stolicy. Tam włóczyliśmy się po Chmielnej, siadaliśmy na ławkach przy Nowym Świecie i snuliśmy rozmowy o życiu i świecie. O dziewczynach myśleliśmy jeszcze z przymrużeniem oka. Bardziej ciekawiła nas opinia kolegów nie chcieliśmy się wygłupić i stracić twarzy przed koleżeństwem.
Potem przyszła kolej na wojsko ja zostałem wcielony do jednostki w Lublinie, a Adam, jak to Adam, sprytnie uniknął poboru, twierdząc, iż ma chore kolana. Po służbie wróciłem do Warszawy, dostałem pracę w fabryce FSO, potem ożeniłem się z Martą, z którą przeżyliśmy razem dziesięć lat i doczekaliśmy się dwójki dzieci. Jednak z biegiem czasu przestaliśmy się rozumieć. Coraz częściej się sprzeczaliśmy, aż w końcu stanęliśmy przed sądem rejonowym na Mokotowie i się rozwiedliśmy.
Minęły jakieś dwa lata, od kiedy znów byłem wolnym człowiekiem, gdy nagle spotkałem Adama na MDM-ie. Wyglądał całkiem inaczej niż dawniej mocno się zaokrąglił, ale w oczach znów miał uśmiech z dawnych lat.
Usiedliśmy w kawiarni U Bliklego, zamówiliśmy po herbacie i zaczęliśmy nadrabiać zaległości. Okazało się, iż Adam też ma za sobą rozwód i szuka kogoś na nowo. Rok minął, znalazłem nową miłość Helenę i wzięliśmy skromny ślub cywilny. Jakiś czas później, podczas spaceru po Łazienkach, wpadłem ponownie na Adama. Ku mojemu zaskoczeniu, i on zdążył już znaleźć sobie życiową partnerkę. Szczerze mówiąc, jego żona, Genowefa, nie przypadła mi do gustu była bardzo postawna i nieprzesadnie troszczyła się o swój wygląd.
Co ci się w niej spodobało? spytałem wprost, bo nasza przyjaźń zawsze była szczera.
Adam zaśmiał się swoim donośnym głosem i odparł:
Genia to prawdziwy skarb! Po pierwsze, dom zawsze czyściutki, w kuchni czuję się jak w restauracji. Gotuje wspaniale żurek z białą kiełbasą, pierogi lepione manualnie rozmarzył się. A poza tym, nie zadaje trudnych pytań, nie narzeka, gdy wychodzę z chłopakami na mecz do baru i nie przeszkadza mi, gdy piję piwo i oglądam Ekstraklasę. Mam z nią spokój. Żadnych awantur. Czego chcieć więcej? Dla mnie jest idealna.
Przyznam, te słowa mnie zadziwiły. Dla mnie żona zawsze była czymś więcej niż tylko kucharką i osobą do sprzątania. U nas w domu miłość była najważniejsza. Pewnie, każdy lubi wracać do czystego mieszkania i zjeść dobry obiad, ale przecież istotą małżeństwa jest bliskość, wzajemny szacunek i wspólne pasje.
Z moją Heleną nieraz razem krzątamy się po kuchni, sprzątamy, planujemy wyjazdy na Mazury czy rowerowe wycieczki pod Warszawę. Wiem, iż w życiu trzeba pedałować w jednym tempie i w tym samym kierunku. jeżeli dwoje ludzi się rozumie, wspiera i razem pokonuje codzienne trudności to życie jest jak jazda na rowerze w stronę zachodzącego słońca. Wtedy nic nie jest trudne.
I czasem zastanawiam się, co dla innych jest ważniejsze spokój i porządek, czy poczucie wspólnoty i bycie jednością?
A ty, jak uważasz?












