Mój mąż nigdy nie lubił, gdy ktokolwiek przyłapał go w jakiejś zabawnej sytuacji w końcu był przecież taki poważny i męski. Dlatego po cichutku zajrzałam do łazienki, chłonąc widok tego, co tam się działo, po czym cofnęłam się za ścianę i… przypuszczam, iż jeszcze długo będę się śmiać pod nosem.
Jeśli jesteś grzecznym kotkiem, powiedz miau!
Jeśli jesteś super kotkiem, powiedz miau!
Jeśli jesteś kochanym kotkiem, powiedz miau!
Mój mąż Tomek cicho śpiewał, myjąc naszego kota. Normalnie nasz pupil, Bazyl, bronił się łapkami ile mógł, drapał, gryzł i syczał, ale dziś czy to zaskoczony, czy może dlatego, iż lubił śpiewanie siedział spokojnie.
Umyjemy ci plecki powiedz miau…
Umyjemy ci łapki powiedz miau…
Umyjemy ci ogonek powiedz miau…
Miau pisnął cieniutko kot.
Za ścianą zaśmiewałam się niemal do łez… Do dziś żałuję, iż tego nie nagrałam, choć pewnie Tomek nie darowałby mi nigdy takiego kompromitującego materiału.
Co, nie podoba się? To może zaśpiewam ci coś innego? zagadnął mąż.
Miau odpowiedział Bazyl.
Tomek na chwilę zamilkł, po czym dalej kontynuował swój prywatny koncert, szorując kota:
Pada deszcz za moim zapłakanym oknem,
Twój smutny cień, Madonno…
Łzy śmiałam lały mi się ciurkiem.
W tej samej chwili dotarło do mnie, iż mój mąż nigdy nie śpiewał mi żadnych piosenek i nie należał raczej do tych romantycznych typów ale miał inne zalety. Za to Bazyl dostawał prawdziwe serenady! Może byłoby mi przykro, gdyby całe zajście nie było tak przezabawne. Tymczasem nasza Madonna znów żałośnie zamiauczała, a Tomek zaczął nucić Kacyki na huśtawce.
Nie wytrzymałam i musiałam się odsunąć, bo zaraz by odkryli moją obecność, a kąpiel powoli dobiegała końca Tomek już szykował ręcznik. Prawie się uspokoiłam, ale wtedy usłyszałam:
Bum-cyk cyk telewizor,
Bum-cyk cyk telewizor,
Bum-cyk cyk telewizor…
W ostatniej chwili się przełamałam i zawtórowałam ze śmiechem:
I dwa ludziki w środku!
Wycofałam się gwałtownie do salonu, śmiejąc się tak, iż aż łzy mi ciekły.
Nie wiem, czy później śpiewali coś jeszcze byłam tak rozbawiona, iż nie mogłam już wyrobić ze śmiechu. Po chwili do pokoju przyszli dwaj niezadowoleni macho: mój mąż i mokry, urażony Bazyl. Patrzyli na mnie podejrzliwie i z wyraźnym wyrzutem. Z cichym chichotem schowałam się za poduszką.
Obaj mąż i kot obdarzyli mnie spojrzeniem pełnym dumy i majestatycznie ruszyli do kuchni.
Ta domowa scena uświadomiła mi, iż miłość i czułość wyrażamy nie tylko przez wielkie gesty, ale zwłaszcza poprzez drobne, codzienne sytuacje. Czasem szczęście kryje się w prostym śmiechu i wspólnie spędzonych chwilach, a nasza prawdziwa siła tkwi w byciu sobą i nie braniu życia zbyt serio.














