Kupiłeś chleb?
Spojrzał na mnie jakby pytanie padło w obcym języku; nie z niezrozumieniem, tylko z dziwną pauzą, długą jak rozciągnięta przez sen gumka, co aż trzeszczy w zwyczajności dnia.
Jaki chleb powiedział w końcu. Nie zapytał. Po prostu to wypowiedział. Bez żadnej ciekawości w głosie.
Zwykły, razowy, z Piekarni Pod Lipami. Przecież zawsze tam kupujesz.
Postawił siatkę na podłodze i rozejrzał się po kuchni, jakby wszedł tu pierwszy raz. Powietrze nabrało zapachu cudzego mieszkania.
Do sklepu dziś nie zaglądałem.
Kiwnęłam głową i odwróciłam się do kuchenki. Niby nic, tłumaczyłam sobie. Może zmęczony, przecież tydzień go nie było, ta konferencja w Łodzi, hotel, obce jedzenie, obce powietrze. Jasne, iż człowiek wraca i jest wykończony.
Tylko Gienia zawsze kupował chleb. Siedemnaście lat, zawsze gdy wracał choćby z krótkiej wycieczki, zawsze wbijał do Piekarni Pod Lipami na rogu Wierzbowej i przynosił razowiec. Jakby to nie była umowa czy obowiązek, raczej rytm powrotu: sposób wracania do domu.
Mieszałam zupę i nie komentowałam już nic.
On Eugeniusz. Gienia. Ja mam pięćdziesiąt osiem, on sześćdziesiąt jeden. Gnieździmy się w Poznaniu, w dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze, które kupiliśmy w 99, gdy nasza Małgosia była jeszcze dzieckiem. Małgosia dawno dorosła, wyjechała do Warszawy, dzwoni w niedziele. Ja pracuję w szkolnej bibliotece, Gienia od trzech lat na emeryturze, ale dorabia, prowadzi wykłady o normach budowlanych w technikum. Żyjemy cicho, miękko, prawie bez kłótni. To istotne. Nic nie zwiastowało tego, co zaczęło się po jego powrocie.
Kolacja przeszła przy stole milcząco. Jadł uważnie, patrzył w blat. Myślałam, iż za chwilę spojrzy na mnie i powie o podróży, o kolegach, o winda w hotelu, która ciągle się zacinała, o tym, jak tęsknił za naszym rosołem. Po każdym powrocie zawsze coś takiego mówił.
I jak było w Łodzi? spytałam.
W porządku.
Seminarz dobrze poszedł?
Tak.
Odłożyłam łyżkę.
Gienia, wszystko z tobą dobrze?
Popatrzył na mnie. Zwyczajne, szare oczy, trochę zmęczone.
W porządku jestem. Po prostu zmęczony.
Sprzątnęłam ze stołu. On poszedł do pokoju, położył się z telefonem, jakby wszystko było normalnie, jakby nic się nie wydarzyło. Tylko chleba nie było. I rozmowy nie było. I czegoś jeszcze, czego nie umiałam nazwać.
Pierwszą noc tłumaczyłam sobie przemęczeniem. Drugą też.
Trzeciego dnia, w piątek, pojawiło się pierwsze naprawdę dziwne zdarzenie.
Piłam kawę przy oknie, patrzyłam na podwórko. Gienia wyszedł z łazienki, wszedł do kuchni, nalał sobie wody, wziął z półki słoik z kaszą gryczaną, otworzył, powąchał, odstawił. Nie odezwałam się, choć Gienia nigdy nie jadł gryki. Na pierwszej randce choćby żartował, iż gryczana to najsmutniejsza potrawa świata, wymyślona przez ludzi bez wyobraźni. Śmialiśmy się z tego. Gotowałam mu ryż, pęczak, jaglaną, co chciał. Gryki nigdy.
A dzisiaj wziął, powąchał. Jakby chciał spróbować.
Masz ochotę na gryczaną? powiedziałam, siląc się na obojętność.
Nie odpowiedział i poszedł do pokoju.
Jeszcze długo patrzyłam na ten słoik.
W sobotę zadzwoniła Małgosia.
Tata już wrócił? spytała natychmiast.
Tak, w środę.
Jak się czuje?
Zawahałam się, dosłownie na sekundę.
Zmęczony. Wszystko dobrze.
Dobrze. Mamo, w październiku przyjadę, mamy z Krzysiem urlop.
Jasne, kochanie. Będę czekać.
Nie powiedziałam jej nic. W końcu co miałabym powiedzieć? Że tata nie kupił chleba i powąchał kaszę? Brzmi niepoważnie. Jakby wcale nic nie znaczyło.
Ale już wiedziałam, iż coś tu nie gra. Nie rozumem, nie logiką. Jądrami czegoś, co mieszka w trzewiach lub pod żebrami i daje cichy sygnał.
W niedzielę zaproponowałam spacer. Zdarzało się nam chodzić do Parku Cytadela, nie zawsze, ale często. On lubił ławkę przy stawie, kupował nam dwa kubki żurku z budki, jeżeli była otwarta, narzekał na plecy, które od długiego chodzenia dawały o sobie znać, a ja mówiłam, iż trzeba ćwiczyć, on się śmiał, odpierał, i tak spacerowaliśmy. Mały rytuał, z setek podobnych.
Idziemy do parku? zaproponowałam.
Oderwał się od telefonu.
Do jakiego parku?
Cytadela. Pogoda ładna.
Pomyślał. To było dziwne zawsze mówił chodźmy albo za chwilę, wezmę kurtkę. Co tu rozważać?
Dobrze powiedział w końcu.
Szliśmy bez słowa. Nie naciskałam, tylko patrzyłam. On patrzył na otoczenie, nie z zainteresowaniem, ale też nie z rozluźnieniem niedzielnego spaceru. Jak ktoś, kto musi zapamiętać trasę.
Przy wejściu siedział staruszek z psem, brązowy, tłusty cocker spaniel.
Patrz, Bazyl powiedziałam cicho. Jak każdy tłustawy spaniel po Bazylii naszej sąsiadki Grażyny z klatki obok. Słowo-klucz, żart, nasz.
Spojrzał na psa. Zero reakcji.
Bazyl powtórzyłam szeptem.
Ładny pies odpowiedział. Grzecznie, obojętnie.
Zatrzymałam się chwilę później przy krzaku dzikiej róży, udając, iż podziwiam owoce. Serce waliło mi szybciej niż trzeba.
Nie pamiętał Bazyla. Albo udawał ale po co?
Przy stawie budki z żurkiem nie było, już po sezonie. On usiadł na ławce, patrzył na wodę.
Miło tu powiedział.
Jesteśmy tu co tydzień.
Tak?
Odwróciłam się do niego.
Gienia, od dziesięciu lat tu przychodzimy.
Skinął głową spokojnie.
No tak. Mówię tylko, iż miło.
Coś we mnie wtedy się ścisnęło i nie rozplątało już przez całą noc. Dopiero w ciemności, słuchając jego spokojnego oddechu, zrozumiałam: on nie powiedział pamiętam czy oczywiście. Zgodził się jak ktoś, kto nie zna faktu, ale zgadza się z narracją nieznajomego.
Długo nie mogłam zasnąć. Próbowałam przypomnieć sobie, jak to się fachowo nazywa, gdy bliski człowiek zmienia się tak bardzo, iż wydaje się kimś innym. Coś o zamianie czy tak, psychologowie mówią o psychologicznej zamianie. Ale przecież nie mieliśmy żadnego rodzinnego kataklizmu. Konferencja o normach budowlanych, tydzień w Łodzi czy to powód, by wymienić człowieka na innego?
Wstałam o trzeciej nad ranem, napiłam się wody, stanęłam przy oknie. Podwórko było puste, latarnia mrugała. Patrzyłam i mówiłam sobie: poczekaj, może się otworzy, może zachorował, może przeszedł coś, o czym nie chce mówić. Bywa zwłaszcza po sześćdziesiątce, kiedy wszystko zwalnia i nie wiadomo, co jeszcze będzie.
Wróciłam do łóżka. Spał zwrócony twarzą do ściany. Położyłam mu rękę na plecach, lekko, jak zawsze; nie ruszył się.
Rano zadzwoniłam do Niny. Przyjaźnimy się od studiów. Mieszka na Naramowicach, pracuje w przychodni, recepcji. Nina mówi prosto. I za to ją cenię.
Ninka, mogę do ciebie przyjechać?
Coś się stało?
Nie wiem. Chyba nic. Po prostu chciałabym pogadać.
Przyjedź na piątą. Będę już w domu.
U Niny zawsze ciepło i pachnie szarlotką, choćby gdy nic nie piecze. Usiadłyśmy w kuchni, nalała herbaty. Opowiedziałam jej. O chlebie, o gryczanej, o Bazylu, o no tak nad stawem.
Nina słuchała, nie przerywała. Zamyśliła się.
Terenia, słuchaj… To może zwykła depresja albo początki czegoś z pamięcią. Jesteście już nie młodzi.
Ma sześćdziesiąt jeden.
No i? Piotr z siódmego miał początki demencji w tym wieku.
Gienia zawsze wszystko pamiętał lepiej ode mnie. Imiona, daty, szczegóły.
Wszystko się zmienia.
Wpatrywałam się w herbatę.
Ninka, to coś innego niż zapominalstwo. Patrzy na mnie… jak ktoś, kto obchodzi się z nowym znajomym.
Oderwała kawałek szarlotki.
Spałaś?
Nie bardzo.
Widzisz. Sama się nakręcasz. Dałaś mu wrócić po tygodniu, mężczyźni nie gadają, co ich gryzie. Daj mu czas.
Kiwnęłam głową. Pewnie ma rację. Pewnie…
Ale wracając, myślałam tylko o tym, jak powąchał słoik z kaszą. Najdrobniejszy szczegół, a w nim coś boleśnie nie jego.
Był w domu. Siedział przy stole, sortował papiery. Zaparzyłam wodę, rozpakowałam zakupy. choćby nie spojrzał.
Byłam u Niny.
Mhm.
Przyniosłam szarlotkę.
Uniósł wzrok.
Z czym?
Z kapustą. Twoja ulubiona.
Nie przepadam za kapustą.
Zamarłam z torbą. Bardzo powoli.
Gienia…
Co?
Od dziecka kochasz szarlotkę z kapustą. Sam mówiłeś, iż twoja mama tak piekła.
Spojrzał beznamiętnie.
Moja mama piekła z jabłkami.
Cisza.
Jego mama była Urszula, zmarła dwanaście lat temu. Doskonale ją znałam i jej kuchnię szarlotka z kapustą była jej popisową, dumą domu.
Gienia, pani Urszula zawsze robiła z kapustą szepnęłam. Pamiętam.
Może i tak było. To dawno.
Wzruszył ramionami i wrócił do swojego.
Odeszłam do pokoju. Stanęłam przy oknie, na ulicy wszystko zwyczajne. Zza szyby słychać samochody, jesień pachniała ziemią.
Wyciągnęłam telefon, zadzwoniłam do jego siostry, Haliny, mieszka w Lublinie.
Tereska! przywitała się ciepłym głosem. Jak się macie?
Haluś, wszystko w porządku. Chciałam tylko zapytać pamiętasz, co twoja mama piekła najczęściej?
No, szarlotkę i… z kapustą właśnie. A czemu pytasz?
Przypomniałam sobie przepis. Dzięki ci!
Wyłączyłam telefon. Nogi miałam jak z waty. Tak głupio poczuć drżenie przez kapuściany placek, ale nie mogłam się ruszyć.
To musi być coś z pamięcią, powtarzałam sobie. Może wiek, może neurologia. Trzeba iść do lekarza, porozmawiać, wyłożyć karty.
Przy kolacji próbowałam.
Gienia, nie boli cię ostatnio głowa?
Nie.
Dobrze śpisz?
Normalnie.
Chciałbyś pójść się sprawdzić do lekarza? Tak na wszelki wypadek.
Odłożył widelec.
Po co?
Powiedzmy, ciśnienie sprawdzić. Dawno nie byłeś.
Sprawdzam w domu. W normie.
Po prostu się martwię.
Popatrzył długo, tak, jakby chciał prześwietlić mnie wzrokiem.
Uważasz, iż coś ze mną jest nie tak?
Po prostu się martwię.
Terenia, wszystko w porządku. Wystarczy.
Wrócił do jedzenia. Zawsze umiał zamknąć temat jednym zdaniem, spokojnie i definitywnie.
Ale patrzyłam, jak je, trzyma widelec; wydawało mi się, iż kiedyś miał wyprostowane plecy, a teraz trochę się garbi. Widelec w prawej dłoni zgadza się, jest praworęczny.
Zmyłam talerze, poszłam do łazienki. W lustrze zmęczona kobieta o krótkich siwych włosach, których już nie farbuję, z śmiechowymi zmarszczkami, jak nazywał je kiedyś Gienia. Powiedziałam sobie w duchu: już sobie coś wyobrażasz, Tereska. Boisz się, bo jest inaczej, ale ludzie się zmieniają. Szukasz powodów, żeby się niepokoić.
Umyłam się i położyłam spać.
W nocy obudziła mnie cisza, taka nienaturalna, jakby ktoś wyciął fragment dźwięków nożem. Sięgnęłam po jego stronie zimno. Wstałam. W kuchni paliło się światło. Siedział przy stole, pisał coś do notesu manualnie. To mi się wydawało dziwne, bo od lat pisał tylko na komputerze lub dopiski na paragonach.
Gienia?
Podniósł głowę spokojnie, jakby spodziewał się mnie.
Nie mogę spać.
Co piszesz?
Takie tam. Przemyślenia.
Mogę?
Pauza.
To osobiste.
Nigdy w życiu nie odpowiedział mi to osobiste. U nas można było pytać o wszystko. Ale nie tą tonacją.
Dobrze powiedziałam i wróciłam do łóżka.
Leżałam, słysząc, jak coś jeszcze notuje, potem wstał, zgasił światło, wrócił. Nie spał od razu, czułam, iż wpatruje się w sufit.
Rano notesu na stole nie było.
Szukając czegoś bez powodu, zajrzałam do kuchennych szuflad nic. Do jego szafki przy łóżku to już gruba granica naszego zaufania, nigdy tam nie grzebałam. Niemal pusta: stare okulary, moneta, karteczki z numerami. Notesu brak.
Zabrał ze sobą.
Poszłam do pracy. W bibliotece spokój, papier, kurz, który kojęco koi stres. Układałam książki, pomagałam nowej, Weronice, szukać zeszytów. Dzień jak zawsze.
W przerwie siedziałam na zapleczu. Jak poznać, iż człowiek się zmienił na głębokim poziomie? Przecież znamy kogoś siedemnaście lat, zapach, śmiech, strachy i upodobania, a potem raz i coś się przekręca.
Przypomniało mi się słowo: psychologiczna zamiana. Kiedy zmienia się tak bardzo, iż nie ma go z tobą, jest ktoś inny. Czasem medyczne, czasem stres. Kryzys wieku, praca za plecami albo wręcz za progiem, nagle zostajecie sami i patrzysz w obcą twarz.
Ale ja znałam Gienię. Wiedziałam.
Wracałam do domu był przede mną. Patrzył przez okno w kuchni.
Gienia, co robisz?
Patrzę.
Na co?
Po prostu.
Co za dziwny dialog zwłaszcza z nim. Nie był kontemplacyjny. Lubił działanie, konkret, zawsze coś poprawiał, robił plany, nie patrzył bezmyślnie przez szybę.
Jak ci dzień minął?
Dobrze. Wykłady, normalka.
Studenci jacy?
Studenci.
Wzięłam się za kurczaka.
Gienia, opowiesz o Łodzi? zapytałam, nie odwracając się.
Co konkretnie?
Cokolwiek. Gdzie spałeś, co widziałeś.
Pauza.
W hotelu. Zwykły. Seminarz w sali na uczelni. Zabrali nas zobaczyć nowy blok, pokazówka. To wszystko.
A kto był? Koledzy, znane twarze?
Byli.
Kto?
Zamilkł. Odwróciłam się. Patrzył w bok, nie na mnie.
Ze szkoły parę osób. Inni też.
Wojtek Dąbrowski był?
Wojtek Dąbrowski to szef katedry, Gienia z nim pracuje trzy lata. Latem byli razem na Mazurach.
Dąbrowski? Nie, nie był.
Zawsze na takie seminaria jeździł.
Tym razem nie.
Zostawiłam sprawę. Może naprawdę nie jechał.
Nocą napisałam do jego żony, Elżbiety. Podałam się za zmartwioną koleżankę, pytając, czy Dąbrowski już wrócił z Łodzi.
Odpisała po chwili: Dobry wieczór, Wojtek w Łodzi nie był, został w domu. Skąd pytanie?
Odpisałam, niby pomyłka, przeprosiłam.
Położyłam telefon pod poduszką i leżałam w ciemnościach.
Czy Gienia nie wie, czy był Dąbrowski w Łodzi? Czy po prostu kłamie? Po co miałby?
Przewracałam w głowie możliwości. Może się pokłócili. Może coś się stało. Może… Może w ogóle nie był w Łodzi? Może ten tydzień spędził gdzie indziej.
Stop. To już przesada. Nakręcam się.
Ale ziarnko nie dało się wydrapać.
Następnego dnia, w środę, miałam pretekst potrzebne nowe zasłony. Zasugerowałam wyprawę do Dekoratora, sklepu na Grunwaldzkiej, gdzie zwykle jeździliśmy. Gienia, jak zwykle, w Dekoratorze się nudził, przebierał z nogi na nogę, marudził co ci się podoba, bierz, a potem zawsze pytałam, czy idziemy do kawiarni na rogaliki, mieszkała tam od lat ciocia Basia i tak nam ten zwyczaj wpadł.
Jedziemy dziś? zapytałam.
Gdzie?
Dekorator. Zasłony.
Po co? Te ciągle dobre.
Już stare. Czas odświeżyć.
Wzruszył ramionami.
No to chodźmy.
Szliśmy pomiędzy materiałami, pytałam o opinie, odpowiadał zdawkowo. Potem zagaiłam:
To co, rogalik i kawa?
Gdzie?
No tam, zaraz obok. Zawsze chodzimy.
Popatrzył na mnie.
Nie znam tej kawiarni.
Uśmiechnęłam się.
Pokażę ci. Idź za mną.
Zeszliśmy za róg, gdzie od zawsze było Café Basia, z żółtym szyldem pachnącym ciepłym ciastem. Działało od dekad.
Widzisz?
Spojrzał na szyld.
Aha powiedział. Nie zwracałem uwagi.
Wzięliśmy rogaliki z różą. Obserwowałam go. Jadł, rozglądał się, zapytał, czy nie marznę. Wszystko jak zawsze.
Tylko raz spojrzał na szyld tak, jakby coś próbował przypomnieć albo zanotować.
Gienia szepnęłam. Pamiętasz mnie? Tak w pełni?
Co znaczy pamiętam? Jesteś Tereska, moja żona.
Wiem, iż Tereska. Ale pytam, czy pamiętasz NAS, to wszystko, co nas łączyło.
Co się dzieje, Tereska?
Nic. Ale ostatnio jesteś… inny.
Ludzie się zmieniają.
Powiedziałeś dokładnie to samo, co myślałam dwa dni temu. Przecież ty zawsze mówiłeś: ludzie się nie zmieniają.
Milczał, jadł rogala.
Może też się zmieniam powiedział cicho.
W autobusie patrzyłam przez okno. Strach, iż nie poznasz bliskiego człowieka, nie jest wymysłem. Bywa i za tym zawsze stoi coś, co ktoś ukrywa.
Czwartek. Kiedy wyszedł do pracy, weszłam do jego gabinetu. Mały pokój nazywaliśmy gabinetem, ale to był zwyczajnie trzeci pokój, przerobiony z klitki. Biurko, regał z książkami, półki z segregatorami.
Otworzyłam górną szufladę.
Leżał tam notes.
Wzięłam go. Pierwsze strony puste. Dalej, na środku, drobne, równe pismo, nienależące do Gieni. On zawsze bazgrał, śmiałam się z jego lekarskiego charakteru pisma. A tu: wyraźna kaligrafia.
Przeczytałam.
Listy. Po prostu listy: Tereska. Żona. 58 lat. Pracuje w bibliotece. Córka Małgosia, Warszawa. Kawa bez cukru. Chce zmienić zasłony. Nina, przyjaciółka, przychodnia. Dalej: Szarlotka z kapustą, podobno lubi. Park Cytadela w niedziele. Spaniel Bazyl, żart. Potem: Urszula matka. Kapusta czy jabłka. Ustalić.
Nie mogłam oddychać.
To były notatki kogoś, kto uczy się życia kogoś innego. Mapuje, zapamiętuje szczegóły, by nie popełnić gafy.
Zamknęłam notes, odłożyłam. Wróciłam do kuchni, napiłam się wody. Jeszcze raz.
W głowie miałam tylko proste myśli: kim jest ten człowiek.
Mieszka ze mną od tygodnia. Ma głos Gieni, twarz Gieni, wie, iż mam na imię Tereska, iż Małgosia mieszka w Warszawie, iż piję kawę bez cukru. Ale musi to notować. Uczy się z notatek.
Zadzwoniłam do pracy, iż nie przyjdę.
Siedziałam w fotelu i patrzyłam przed siebie. Analizowałam.
Amnezja to może być. Ludzie po traumie zapisują, docierają do siebie przez szczegóły. Może coś przeżył w Łodzi albo wcale tam nie był? Utracił pamięć, próbuje ją odbudować, nie przyznaje się z lęku czy wstydu.
To tłumaczy prawie wszystko.
Tylko pismo się nie zgadza. To nie jego pismo.
Nie analizowałam zwykle czyjegoś charakteru pisma, ale Gienię znałam. Jego zapiski na kartkach, zakupowych listach, bilecikach do kwiatów zawsze nieczytelna lekarska plątanina. Tego bym nie pomyliła.
Może ludzie zmieniają pismo po wylewie ale wylew zostawia inne ślady, nie chodzi, nie mówiłby płynnie…
Potarłam twarz.
Wrócił o siódmej. Ugotowałam obiad, nakryłam do stołu, wyglądałam normalnie. Choć nie wiem, po co.
Zmęczona? Nie byłaś dziś w pracy.
Głowa bolała już minęło.
Zabrał się za mycie rąk.
Siedzieliśmy przy stole. Przyglądałam się mu i myślałam o tym, czym jest zniknięcie bliskiego człowieka. Nie fizyczne nie jego nieobecność, ale ta zmiana po cichu. Obok jest powłoka, a w środku coś obcego, głuchego.
Gienia…
Mhm?
Opowiedz coś o nas. Jak się poznaliśmy.
Podniósł wzrok. Spokojnie.
Po co?
Po prostu chcę to usłyszeć, jak pamiętasz.
Odłożył widelec i pomyślał.
Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych rzekł. Na urodzinach. Miałaś niebieską sukienkę.
Zgadzało się. Niebieska, urodziny Krysi Rączki, dwudziesty wrzesień 1997.
Potem jeszcze się spotkaliśmy parę razy i zaczęliśmy chodzić.
Pauza.
I tyle.
Patrzyłam na niego.
A potem?
No, wzięliśmy ślub. Urodziła się Małgosia. Kupiliśmy mieszkanie.
Gienia, gdy mi się oświadczyłeś, dokąd pojechaliśmy świętować?
Terenia
Proszę, powiedz.
Długa cisza.
Nie pamiętam szczegółów. Dawno to było.
Sam mówiłeś kiedyś na naszej srebrnej rocznicy, iż pamiętasz każdą chwilę.
Cisza.
Gienia. Gdzie pojechaliśmy po zaręczynach?
Spojrzał na mnie. Długo. Bez złości, bez wstydu, raczej coś dziwnie chłodnego albo wyczekującego.
Terenia powiedział cicho. Po co ci to teraz?
Chcę wiedzieć, czy pamiętasz.
Jestem zmęczony. To było dawno. Ludzie nie muszą pamiętać wszystkiego.
Ale to nie wszystko.
Dla mnie tak.
Wstałam od stołu, posprzątałam, choć nie skończyliśmy. Nic nie mówił.
Świętowaliśmy wtedy nad Wartą, na wycieczce w sierpniu 1998. Pojechaliśmy pociągiem, zbłądziliśmy w lesie, on przeniósł mnie przez błoto, miałam na sobie pantofle, a nad rzeką, wśród trzcin, powiedział, iż chce ze mną być na zawsze. On uwielbiał tę historię, opowiadał ją bliskim.
Ten człowiek przy moim stole nie zna tej historii.
W nocy napisałam długą wiadomość do Niny o notesie, pisaniu, Warta.
Odpisała o pierwszej: Terenia. Do lekarza. Natychmiast. To już nie kuchenne sprawy.
Odłożyłam telefon i patrzyłam w ciemność. On oddychał spokojnie obok. Myślałam o tym, iż czasem ludzie nie odchodzą, tylko rozpływają się, pozostając obok i to jest trudniejsze do przeżycia niż każda strata.
W piątek rano postanowiłam powiedzieć mu wprost. Wszystko o notesie, Halinie, Elżbiecie i Dąbrowskim. Że mam pytania, chcę odpowiedzi, nie jestem wrogiem, ale pragnę prawdy.
Był już w kuchni, parzył sobie herbatę.
Gienia.
Mhm?
Musimy pogadać.
Odwrócił się. Patrzył na mnie długo.
Wiem.
Stanęłam.
O czym wiesz?
Że już coś wiesz. Widzę, iż byłaś w gabinecie.
Milczałam. Nie przeprosiłam. Czekałam.
Usiądź powiedział.
Usiedliśmy. Trzymał kubek oburącz.
Trudno to wytłumaczyć zaczął.
Spróbuj.
To, co myślisz, to chyba najprostsze wyjaśnienie. I po części prawdziwe.
Po części?
Nie pamiętam wszystkiego. Nie tak jak myślisz. Są luki. Duże.
Warta.
Co?
Byliśmy nad Wartą po zaręczynach. Pamiętasz?
Coś drgnęło niezauważalnie w jego twarzy.
Nie powiedział.
Bazyla pamiętasz?
Pauza.
Nie.
Swoją mamę, Urszulę?
Twarz. Głos. Szczegółów nie.
Patrzyłam, jak patrzył w kubek.
Kiedy to się zaczęło?
Nie wiem dokładnie. Stopniowo.
I nie powiedziałeś mi.
Nie wiedziałem jak.
Robiłeś notatki, żeby się nie pomylić.
Tak.
Masz inne pismo.
Długa pauza. Kubek znieruchomiał w jego dłoniach.
Wiem.
Jak to wyjaśnisz?
Nie odpowiedział. Spojrzał w blat. Czekałam.
Gienia. Spójrz na mnie.
Podniósł wzrok. Szare oczy. Te same, a jednak nie.
Gienia, czy ty wciąż jesteś sobą?
Po raz pierwszy zobaczyłam w nim coś żywego: cień bólu, zagubienia, coś nie nazwane.
Terenia ledwo usłyszalnie. Nie wiem, jak odpowiedzieć.
Wpatrywałam się w dłonie na kubku, w załamaną linię ust, siwe skronie.
To uczciwa odpowiedź?
Najuczciwsza, jaką potrafię dać.
Za oknem padał deszcz. Poznański, zwykły jesienny. Słyszałam krople na parapecie. Zwykły dźwięk.
Co ja mam z tym zrobić? bardziej do siebie niż do niego.
Nie wiem usłyszałam. I to chyba była prawda.
Wstałam, zrobiłam sobie kawę, jak zawsze bez cukru. Stanęłam przy oknie.
Usłyszałam, jak wstał. Ruszył krok bliżej.
Terenia
Co?
Pamiętam twój głos. Od zawsze. Intonacje. To pamiętam.
Nie odwróciłam się.
To za mało.
Wiem.
Deszcz bębnił. Samochód na ulicy zatrąbił, później cisza.
Potrzebuję czasu.
Rozumiem.
Nie wiem, co będzie dalej.
Rozumiem.
Odwróciłam się. Spojrzałam na niego. Staliśmy naprzeciw siebie człowiek, który żyje w moim domu, zna moje imię, prowadzi zeszyt notatek, nie pamięta Warty, mówi innym pismem, a jednak trzyma kubek dokładnie tak, jak Gienia.
Przynieś chleb powiedziałam. Razowy, z Piekarni Pod Lipami na rogu Wierzbowej.
Skinął głową. Wziął kurtkę, szedł do drzwi. Zatrzymał się w progu.
Terenia.
Co?
Opowiesz mi kiedyś o tej Warcie?
Patrzyłam długo.
Zobaczymy.
Zamknął drzwi. Stałam z kubkiem kawy, słyszałam, jak zbiega po schodach. Czwarte piętro, szesnaście schodków, zawsze liczyłam.
Szesnaście.
Wyszedł na podwórko. Widziałam przez szybę, jak idzie do bramy, podnosi kołnierz przed dżdżem. Zwykły człowiek w zwykły deszczowy dzień.
Na rogu skręcił w kierunku piekarni.
Stałam z kubkiem i nie wiedziałam, co czuć, co myśleć. W środku była cisza nie spokój, nie ulga, tylko cisza po długim szumie; nie było w niej odpowiedzi, ale nie było potrzeby udawać, iż ich nie trzeba.
Zawibrował telefon. Nina.
I jak?
Nie wiem.
Rozmawiałaś?
Tak.
I co?
Patrzyłam przez okno. Róg już pusty.
Ninka… a ty mogłabyś żyć z kimś, kto nie pamięta, kim jest?
Zawiesiła się.
To on ci powiedział?
adekwatnie tak.
Terenia, do lekarza. Natychmiast. To poważne.
Wiem.
Co zrobisz?
Postawiłam kubek na parapecie.
Jeszcze nie wiem. Poszedł po chleb.
Jaki chleb?
Razowy, z Piekarni Pod Lipami.
Zamilkła po drugiej stronie.
Terenia, nie żartuj.
Wszystko dobrze, dam znać później.
Odłożyłam telefon. Zrobiłam łyk kawy. Wciąż ciepła, dobra.
Szesnaście schodków. Zawsze liczyłam.
Dwadzieścia minut później trzask drzwi na dole, kroki w górę.
Nie ruszyłam się.
Klucz w zamku. Drzwi do kuchni.
Masz powiedział z przedpokoju. Razowy. Ostatni już był.
Odwróciłam się. Stał w drzwiach, z chlebem w ręce, zmoknięty, włosy przyklejone do czoła.
Połóż na stole.
Położył.
Patrzyliśmy na siebie.
Napijesz się herbaty? rzuciłam.
Chętnie.
Nastawiłam czajnik. Zdjął kurtkę, zawiesił. Usiadł przy stole. Stałam do niego tyłem, słyszałam jego milczenie nie ciężkie, nie groźne, zwyczajne.
Terenia bardzo cicho. Opowiesz mi kiedyś o Warcie?
Czajnik zaczynał szumieć. Cicho, potem coraz głośniej.
Stałam. Myślałam.
Nie teraz odpowiedziałam w końcu. Może kiedy indziej.
Dobrze.














