Staszek, kupiłeś chleb?
Spojrzał na mnie tak, jakbym go zapytała o coś w obcym języku. Nie ze zdziwieniem, tylko z taką niezręczną pauzą. Długą ciszą, która zupełnie nie pasowała do naszego codziennego życia.
Jaki chleb? w końcu odpowiedział. Ale wcale nie pytał, tylko powiedział, zwykłym tonem, bez znaku zapytania.
No, zwykły. Razowy, z Społem na rogu. Zawsze tam bierzesz.
Postawił torbę na podłodze i rozejrzał się po kuchni, jakby pierwszy raz wszedł.
Nie byłem w sklepie.
Kiwnęłam głową, odwracając się do garnka. Nic wielkiego, tak sobie powtarzałam. Jest zmęczony. Cały tydzień go nie było, konferencja we Wrocławiu, hotelowe żarcie, obce miasto, obcy ludzie, wszystko nie tak. Każdy by się zmęczył.
Ale chleb zawsze przynosił. Przez siedemnaście lat, ilekroć wracał z wyjazdu, choćby najkrótszego, zaglądał do Społem na rogu Narutowicza i wracał z razowym. Tak już mieliśmy. Nigdy nie uzgadnialiśmy tego na poważnie, to nie była wymuszona rutyna. Po prostu część tego, jak się wraca do domu.
Zamieszałam zupę i nic już nie mówiłam.
Ma na imię Stanisław. Staszek. Ja mam pięćdziesiąt osiem lat, on sześćdziesiąt jeden. Mieszkamy w Lublinie, w dwóch pokojach na czwartym piętrze, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdy Mania była mała. Mania już od dawna jest dorosła, przeniosła się do Warszawy, dzwoni w niedziele. Pracuję w bibliotece szkolnej, a Staszek od trzech lat jest na emeryturze, choć dorabiawykłada normy budowlane w technikum. Nasze życie jest spokojne, poukładane, bez większych kłótni. To wszystko ważne, by zrozumieć, iż nic nie zapowiadało tego, co zaczęło się dziać po powrocie.
Kolacja minęła w ciszy. Jadł spokojnie, nie podnosząc wzroku. Czekałam aż powie coś o wyjeździe, o kolegach, hotelowych schodach bez windy, o tym, jak tęsknił za moim barszczem. Zawsze po powrocie coś tam opowiadał.
Jak tam Wrocław? rzuciłam wreszcie.
W porządku.
Konferencja udana?
Tak.
Odłożyłam łyżkę.
Staszek, wszystko OK?
Popatrzył na mnie swoimi zwykłymi, lekko zmęczonymi, szarymi oczami.
W porządku. Zmęczony jestem, tyle.
Pozbierałam ze stołu. Staszek wyszedł do pokoju, położył się z telefonem. Jakby wszystko było normalnie. Tylko tego chleba nie było. I rozmowy. I jeszcze czegoś, czego nie potrafiłam nazwać.
Pierwszą noc zwaliłam na zmęczenie. Drugą też.
W piątek rano, przy trzeciej kawie i przez firankę na podwórko, Staszek wyszedł z łazienki, nalał sobie wody, a potem sięgnął po słoik z kaszą gryczaną, odkręcił, powąchał i odłożył. choćby się nie odezwałam. Ale przecież on nigdy nie jadał gryczanej. Jeszcze przy pierwszym spotkaniu śmiał się, iż to najbardziej nudny wynalazek w kuchni, kasza dla ludzi bez wyobraźni. Mówił, żebym mu gotowała ryż, pęczak, albo jaglaną, ale gryczanej nie chciał.
A tu nagle. Jakby zamierzał ją zjeść.
Masz ochotę na kaszę gryczaną? spytałam neutralnie.
Nie. I wrócił do pokoju.
Jeszcze chwilę patrzyłam na ten słoik.
W sobotę zadzwoniła Mania.
Tata już wrócił? zapytała od razu.
Tak, w środę był.
Jak się trzyma?
Zawahałam się przez krótką chwilę.
Zmęczony podróżą. Wszystko w porządku.
To dobrze. Mamo, wpadnę w październikumamy z Piotrkiem urlop.
Jasne, przyjeżdżajcie. Ucieszę się.
Nie powiedziałam jej nic. No bo co miałam powiedzieć? Że tata nie kupił chleba i wąchał kaszę gryczaną? To nic poważnego, choćby nie brzmi jak coś, co opowiada się rodzinie.
Ale już wiedziałam, iż coś jest nie tak. Po prostu to wiedziałam. Takim przeczuciem gdzieś pod mostkiem, nie logiką.
W niedzielę zaproponowałam spacer. Zdarzało nam się chodzić do Parku Ludwika, głównie w niedziele. Lubił naszą ławeczkę przy stawie, kupował nam kwas w kubeczku, jeżeli akurat była budka, trochę narzekał na kręgosłup, a ja powtarzałam, iż powinien się rozciągać, i razem się z tego śmialiśmy. Taki nasz drobny, domowy rytuał.
Idziesz do parku? zapytałam.
Oderwał się od telefonu.
Do jakiego parku?
Ludwika. Piękna pogoda.
Zastanowił się. I to było już samo w sobie dziwne. Zwykle od razu mówił: Ok albo Zaraz, tylko kurtkę włożę. Nie było tu nad czym rozmyślać.
Dobrze, chodźmy.
Szliśmy w ciszy. Nie próbowałam rozkręcać rozmowy, po prostu patrzyłam na niego. Szedł równym krokiem, spokojny, ale bez tego swoistego niedzielnego luzu. Jakby był na nieznanej trasie i musiał się pilnować.
Przy wejściu do parku stał starszy pan z rudym, pulchnym cocker spanielem.
Popatrz, Fifik szepnęłam. Tak nazywaliśmy wszystkie zaokrąglone spaniele, bo przed ośmiu laty sąsiadka, pani Zofia, miała identycznego Fifika. To była nasza prywatna zabawna ksywka.
Staszek spojrzał na psa. Żadnej reakcji.
Fifik mruknęłam ciszej.
Sympatyczny pies odparł grzecznie. Neutralnie.
Przystanęłam obok krzaka dzikiej róży, udając, iż przyglądam się owocom. Serce biło mi szybciej niż przy zwyczajnej niedzielnej trasie.
Nie pamiętał Fifika. Albo tylko tak udawał. Ale po co miałby udawać?
Przy stawie budki z kwasem już nie było, pewnie rozebrana na zimę. Staszek siadł na ławce, popatrzył na wodę.
Ładnie tu rzucił.
Często tu chodzimy.
Tak?
Odwróciłam się do niego.
Staszek. Od dziesięciu lat tu chodzimy.
Kiwnął głową. Spokojnie, bez konsternacji.
No tak. Po prostu mówię, iż ładnie.
Wtedy coś się we mnie ścisnęło i już nie puściło. Jeszcze długo nie mogłam nazwać, co czuję. Dopiero nocą, kiedy leżałam słuchając równego oddechu obok. Bo nie powiedział pamiętam ani oczywiście. Po prostu zgodził się jak z czymś dla niego obcym.
Nie spałam. Czytałam kiedyś, dawno, iż bliscy mogą bardzo się zmienić po przejściach, nagle zaczynasz czuć, iż to już nie ta sama osoba. Jakaś dezintegracja osobowości, czy coś takiego. Ale przecież nic się nie stało. Był na solidnej, nudnej konferencji. To nie powód, żeby wrócić innym.
Wstałam w nocy, napiłam się wody i postałam przy oknie. Podwórko puste, latarnia miga na pół gwizdka.
Może jednak to tylko przemęczenie, może coś się zdarzyło i nie mówi. Tak bywa, szczególnie po sześćdziesiątce, kiedy już niejeden cios w plecy dostało się od życia.
Wróciłam do łóżka, Staszek spał do ściany. Położyłam rękę lekko na jego plecach, jak zawsze. choćby się nie poruszył.
W poniedziałek zadzwoniłam do mojej najstarszej przyjaciółki, Niny, tej od czasów studenckich, co mieszka na Felinie i pracuje w przychodni.
Ninka, mogę przyjechać?
Coś się stało?
Nie wiem adekwatnie. Po prostu chcę pogadać.
Przyjedź na piątą, będę w domu.
U Niny zawsze pachnie ciastem, choćby jeżeli nic nie piecze. Usiadłyśmy przy herbacie, opowiedziałam wszystkoo chlebie, o kaszy gryczanej, o Fifiku, o tej reakcji przy stawie.
Nina słuchała bez słowa. Potem zapadła cisza.
Kaśka, to może być zwykła depresja. Albo początki problemów z głową. Jesteście już nie tacy młodzi, bez urazy.
Ale on zawsze miał świetną pamięć, wszystko pamiętał lepiej ode mnie.
Wszystko się kiedyś zmienia.
Popatrzyłam w kubek.
Nina, to nie tylko o pamięć chodzi. Czasem patrzy na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie widział.
Oderwała kawałek ciasta.
Wyspałaś się ostatnio?
Nie bardzo.
No właśnie. Trochę sobie dokładasz w głowie. Daj mu tydzień.
Kiwnęłam tylko. Może ma rację. Pewnie tak.
Ale w drodze powrotnej wciąż widziałam przed oczami, jak Staszek otwiera słoik z kaszą i ją wącha. Ten drobiazg był tak bardzo nie jego, iż aż ściskało mnie w gardle.
W domu był. Siedział z papierami przy kuchennym stole. Zagotowałam wodę, zaczęłam wypakowywać warzywa i chleb. Nie podniósł choćby głowy.
Byłam u Niny.
Mhm.
Przyniosłam ciasta.
Spojrzał na nie.
Z czym?
Z kapustą. Twoje ulubione.
Ja za kapustą nie przepadam.
Odłożyłam torbę na stół. Powoli.
Staszek.
Tak?
Zawsze lubiłeśjeszcze twoja mama piekła tylko z kapustą.
Mama robiła z jabłkami.
Cisza.
Jego mama, Maria Stasiak, zmarła dwanaście lat temu. Znałam ją, jadłam u niej, obserwowałam, jak robi te kapuściane placki. Zawsze z kapustą i jajkiem, jej znak rozpoznawczy.
Staszek, Maria zawsze piekła z kapustą powiedziałam cicho. Pamiętam to.
Może i z kapustą. Dawno to było machnął ręką i wrócił do papierów.
Wyszłam do pokoju. Przystanęłam przy oknie i patrzyłam na lubelską jesień, auta, ludzi spóźnionych do domu. Tak, jak zawsze.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do jego siostry, Janki, która przez cały czas mieszka w Puławach. Są ze Staszkiem w kontakcie, choć widują się rzadko.
Kasiu, co tam? zawołała, jak zwykle głośno i ciepło.
Janka, pamiętasz, co mama piekła?
Chwila zawahania.
No, kapuśniaki, oczywiście. A czemu tak pytasz?
Wpadło mi do głowy, chciałam sprawdzić przepis. Dzięki.
Odłożyłam komórkę. Trochę głupio mi było trzymać się tego szczegółu, jakby od ciasta z kapustą miało zależeć wszystko. Ale nogi miałam jak z waty.
Może coś z pamięcią. Może coś sygnalizuje. Neurologia, wiek, Bóg wie co. Trzeba z nim spokojnie pogadać.
Przy kolacji zapytałam:
Nic cię głowa ostatnio nie boli?
Nie.
Śpisz dobrze?
Raczej tak.
A może byś poszedł do lekarza? Tak, kontrolnie.
Odłożył widelec.
Po co?
Ciśnienie sprawdzić. Dawno nie byłeś.
Ciśnienie mierzę w domu. Jest ok.
Martwię się.
Spojrzał na mnie. Długo, uważnie.
Myślisz, iż coś jest nie tak?
Po prostu się niepokoję.
Kasiu, wszystko gra. Daj spokój.
I już. Rozmowa zamknięta, jak zwykle potrafił jednym zdaniem postawić kropkę i już. Wiedziałam i zwykle się nie narzucałam.
Ale teraz patrzyłam jeszcze uważniej. Analizowałam, jak trzyma łyżkę, jak pochyla głowę. Przecież zawsze siedział prosto? Chyba tak. Jest praworęczny. Tak, zawsze jadł prawą ręką.
Pozbierałam naczynia i zamknęłam się w łazience. W lustrzesiwa, zmęczona kobieta z krótkimi włosami. Kiedyś Staszek mówił, iż mam śmiejące się zmarszczki. Patrzyłam i powtarzałam sobie w myślach: Nie wariuj, zmieniasz go sobie w głowie, a przecież ludzie się zmieniają.
Umęczona, padłam do łóżka.
W środku nocy obudziła mnie cisza. Wyciągnęłam rękę, miejsce obok było zimne.
Wysunęłam się do kuchni. Światło się paliło, Staszek siedział przy stole i pisał coś w zeszycie. Pisał odręcznie, co dawno mu się nie zdarzało.
Staszek?
Podniósł głowę. Spokojnie, prawie jakby na mnie czekał.
Nie śpi mi się.
Co piszesz?
Tak sobie, notatki.
Mogę zobaczyć?
Chwila zawahania.
To prywatne.
Spojrzałam mu w oczy. Wytrzymał spokojnie spojrzenie.
On nigdy nie mówił do mnie w taki sposób to prywatne. Przez siedemnaście lat mogłam pytać o wszystko.
Dobrze mruknęłam i wróciłam pod kołdrę.
Jeszcze długo słyszałam, jak krząta się po kuchni, potem wrócił cicho do łóżka. Nie spał dłuższą chwilę, to czułam wyraźnie.
Rano zeszytu na stole już nie było.
Zaczęłam szukać. Sama nie wiem dlaczego, po prostu musiałam. Przejrzałam szuflady w kuchni, nic. Zajrzę do jego szafkitego nigdy nie robiłam. Prawie pusta: stare okulary, moneta, karteczki z telefonami. Zeszytu brak.
Miał go przy sobie.
Poszłam do biblioteki. Tam zawsze jest ten sam zapach papieru i spokój. Porządkowałam książki, pomagałam młodej Ani znaleźć jakieś czasopisma. Wszystko jak zwykle.
W przerwie usiadłam w zapleczu i zaczęłam się zastanawiać, jak się poznaje, iż ktoś się zmienił. Że zna się kogoś całe lata, wie się wszystko o drobiazgach, a naglenie wie się nic.
Przyszło mi do głowy hasło psychologiczna zamiana. Kiedy ktoś bliski, przez zmianę czy chorobę, staje się kimś obcym. Może to właśnie kryzys wieku średniego, pustka po dzieciach, nowa faza życia? Niby logiczne, ale przecież Staszka znałam najlepiej.
Wróciłam wcześniej niż on. Stał przy oknie kuchennym.
Staszek, co robisz?
Patrzę przez okno.
Na co?
Po prostu patrzę.
No i to już nie było w jego stylu. On zawsze musiał coś robić, choćby sprawdzać, czy wszystko działa.
Jak dzień? zagaiłam.
Zwykły, wykłady, studenci.
Studenci w porządku?
Studenci jak studenci.
Wyjęłam z lodówki kurczaka i zabrałam się za przygotowanie obiadu.
Staszek, opowiedz mi o Wrocławiu poprosiłam.
O czym dokładnie?
Choćby o hotelu, uczelni. Przecież byłeś tam tydzień.
Chwila milczenia.
Hotel jakiś, sala konferencyjna na uczelni, oglądaliśmy nowe osiedle mieszkalne. I tyle.
Kto był z twoich znajomych?
Paru z technikum, paru z innych miast.
Leszek Kocielnik był?
Leszek prowadzi z nim pracownię od lat, razem jeżdżą na grzyby.
Nie, jego nie było.
On przecież zawsze jeździ.
Tym razem nie.
Odwróciłam się do patelni. Może faktycznie nie jeździł.
Późną nocą, kiedy Staszek zasnął, napisałam sms-a do żony Leszka. Mamy kontakt, choć nie gadamy często. Pytam: Czy Leszek bezpiecznie wrócił z Wrocławia? Odpisuje, iż Leszek od dwóch tygodni jest w Lublinie, nie jeździł nigdzie w tym czasie.
No właśnie. Może Staszek wcale nie był we Wrocławiu. Może był gdzieś indziej.
Na następny dzień udawałam, iż potrzeba mi nowych zasłon pretekst, by iść razem do Domu Handlowego na Krakowskim. On zawsze powtarzał: Wybierz, na czym ci zależy, ja się nie znam. A na deser szliśmy na jagodzianki do tej starej, ciasnej kawiarni. Taki nasz rytuał.
Pójdziemy kupić zasłony?
Nowe chcesz?
Te już całkiem spłowiały.
Dobrze.
Chodziłam wolno między tkaninami, Staszek odpowiadał od niechcenia. W końcu mówię:
Idziemy na jagodzianki?
Gdzie?
No, tam, w małej cukiernizawsze tam chodzimy.
Spojrzał na mnie.
Nie znam takiej kawiarni.
Uśmiechnęłam się, spokojnie.
Może przypomnę. Chodź, pokażę.
Za rogiem stoi nasza cukiernia, od trzydziestu lat ten sam zapach ciasta, żółta markiza nad drzwiami.
Tędy. Pamiętasz?
Patrzył na szyld.
Nigdy nie zwracałem uwagi.
Jedliśmy. On spokojnie przeżuł, spytał, czy nie jest mi zimno. Niby wszystko normalnie.
Raz tylko spojrzał na żółty szyld tak, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
Staszek powiedziałam cicho. Ty pamiętasz mnie?
Spojrzał z lekkim zdziwieniem.
Co masz na myśli? Jesteś Kasia, moja żona.
Wiem. Ale pytam o nas. O to, co było.
Co się dzieje, Kasiu?
Nic. Po prostu wydajesz się inny ostatnio.
Ludzie się zmieniają.
Sam zawsze twierdziłeś, iż ludzie się nie zmieniają.
Nic nie odpowiedział. Jadł dalej.
Może ja też się zmieniam dodał.
W drodze powrotnej patrzyłam przez okno trolejbusu i myślałam, iż ten strach, iż się nie pozna najbliższej osoby, nie jest żadną przesadą, tylko prawdziwym lękiem każdego.
Czwartek rano, wyszedł do pracyja zostałam. Weszłam do jego biura: mały pokój, jego biurko, szafa z książkami, segregatory. Nie lubię grzebać w cudzych rzeczach, ale usiadłam i otworzyłam górną szufladę.
Był zeszyt.
Otworzyłam. Pierwsze strony czyste. Dalej zaczynały się zapiski małym, równym pismem. Nie jegoon pisał zawsze szybko, niedbale, jak lekarz. To tutaj było niemal kaligraficzne.
Czytam. Listy. Po prostu listy. Kasia, żona, 58. Bibliotekarka. Córka Mania, Warszawa. Nie słodzi kawy. Chce zmienić zasłony. Nina, przyjaciółka, przychodnia. Jagodzianki, kawiarnia przy Krakowskim. Pies sąsiadki: Fifik, żart. Potem: Maria (matka), kapuśniaki, sprawdzić przepis.
Miałam wrażenie, iż zaraz się uduszę.
To były notatki kogoś, kto zapamiętuje cudze życie. Układa sobie plan, żeby nie pomylić.
Zamknęłam zeszyt i położyłam na miejsce. Nalałam sobie wody. Piłam łapczywie, dwa razy.
Myśli układały się ostro: kim jest ten człowiek?
Od tygodnia mieszka ze mną ktoś, kto wygląda, mówi i zachowuje się jak Staszek. Zna moje imię, wie, iż Mania jest moją córką, iż nie słodzę kawy, ale wszystko notuje. Jakby uczył się roli.
Zadzwoniłam do pracy, wzięłam urlop na żądanie i cały dzień przesiedziałam z kubkiem herbaty w ręku, patrząc w jeden punkt. Szukałam logicznego wytłumaczenia.
Amnezja? Cichy zanik pamięci? Sztuczna osobowość po traumie? Pewnie tak by mi to neurolog wyjaśnił. Ale jeden szczegół już się nie zgadzał: ten drobniutki, obcy charakter pisma.
Zdenerwowała mnie ta myślludzie czasem zmieniają pismo. Po udarze, po wypadku. Nie, wtedy przecież są inne objawy, mowę majaczą, upadają.
Wieczorem wrócił do domu. Było jak zwyklekolacja, herbatka, wieczorne sprzątanie. Uśmiechałam się i trzymałam maskę.
Staszek odezwałam się.
Hm?
Opowiedz mi, jak się poznaliśmy.
Uniósł wzrok.
Po co?
Chcę usłyszeć. Twoją wersję.
Odłożył widelec i zamyślił.
Byliśmy na urodzinach wspólnej znajomej. Miałaś niebieską sukienkę.
To prawda: urodziny Ani, wrzesień dziewięćdziesiąty siódmy, niebieska sukienka.
Potem widzieliśmy się jeszcze kilka razy i zaczęliśmy się spotykać.
Cisza.
I tyle dodał.
A potem? ponaglam.
No, ślub, Mania się urodziła, kupiliśmy mieszkanie.
Staszek, a jak mi się oświadczyłeśpamiętasz, gdzie wtedy byliśmy?
Kasia
Odpowiedz.
Długa cisza.
Nie pamiętam szczegółów. Dawno to było.
Opowiadałeś na naszej srebrnej rocznicy, przy wszystkich, iż pamiętasz wszystko od A do Z.
Cisza.
Gdzie byliśmy, Staszek?
Spojrzał na mnie długo. Nie było w nim irytacji, tylko jakaś głęboka, obca pustka.
Kasia, po co ci to?
Chcę wiedzieć, czy pamiętasz.
Tyle lat minęło. Nie wszystko się pamięta.
Ale to nie była drobnostka.
Dla mnie tak.
Wstałam od stołu. Pozbierałam naczynia, nie dokończyliśmy choćby obiadu. On się nie odezwał.
Pojechaliśmy wtedy nad Wieprz, maleńką rzekę pod Lubartowem. Poszliśmy piechotą przez łąki, zgubiliśmy się i przenosił mnie przez błoto. To wtedy mi się oświadczył. On uwielbiał tę historię, opowiadał wszystkim. Tamten Staszek znał ją na pamięć.
Napisałam do Niny długą wiadomość. O zeszycie, o piśmie, o Wieprzu.
Odpisała po godzinie: Kasia, musicie iść do neurologa. Albo oboje do psychiatry. Zadzwoń jutro.
Odłożyłam telefon i leżałam w ciemności. On spał obok, spokojnie. Myślałam: czasem człowiek znika i zostaje tylko pusta skorupa tego, kogo się znało.
W piątek rano postanowiłam, iż powiem mu wszystko wprost. O zeszycie. O tym, iż dzwoniłam do Janki i żony Leszka. Że mam za dużo pytań, i chcę szczerości, bez oskarżania.
Był już w kuchni, robił sobie herbatę.
Staszek.
Tak?
Musimy porozmawiać.
Spojrzał długo.
Wiem odparł.
Zaskoczyło mnie to.
Co wiesz?
Że coś podejrzewasz. Widziałem, iż byłaś w moim pokoju.
Nie przepraszałam. Czekałam na ciąg dalszy.
Usiądź powiedział.
Usiadłam. Trzymał kubek obiema rękami i patrzył w herbatę.
To trudno wyjaśnić zaczął.
Spróbuj.
Najprostsze wytłumaczenie, jakie przychodzi ci do głowy, jest częściowo prawdziwe.
Częściowo?
Nie pamiętam wszystkiego. Tak, jak wcześniej. Wyrywki, urywki. Czasami nic.
Nad Wieprzem powiedziałam cicho pamiętasz, co się wtedy stało?
Spojrzał na mnie.
Nie.
Fifika pamiętasz?
Nie.
Mamę? Marię?
Twarz, głos, ale szczegóły nie.
Patrzyłam na niego. Patrzył w kubek.
Od kiedy?
Nie wiem. Pomału.
I nie powiedziałeś mi.
Nie wiedziałem, jak.
Robiłeś notatki.
Tak.
Inny charakter pisma.
Długo milczał. W końcu odłożył kubek.
Wiem.
Możesz to wyjaśnić?
Nie odpowiedział. Siedział długo, zamyślony.
Staszek. Odpowiedz mi tylko na jedno: ty jesteś moim Staszkiem?
I pierwszy raz od tygodnia zobaczyłam coś ludzkiego w jego oczach: ból, zagubienie, wszystko razem.
Kasiu powiedział. Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć.
Patrzyłam na niego. Na dłonie, na ten znajomy siwy kosmyk.
To szczera odpowiedź?
Najszczersza, na jaką mnie stać.
Padał cichy, lubelski deszcz. Słyszałam, jak krople uderzają w parapet.
Co mam z tym zrobić? zapytałam w przestrzeń.
Nie wiem odpowiedział bez wahania.
Wstałam, zrobiłam sobie kawę, bez cukru. Stanęłam przy oknie.
Usłyszałam jego kroki za sobą.
Kasiu.
Co?
Twój głos pamiętam. Od początku. Twoje intonacje.
Nie odwróciłam się.
To mało.
Wiem.
Deszcz stukał, auta stały w kałużach. Maszyna mleczna z ulicy zatrąbiła.
Potrzebuję czasu powiedziałam cicho.
Rozumiem.
Nie wiem, co dalej będzie.
Pojmuję.
Obróciłam się. Patrzył tak, jakby chciał coś powiedzieć, a potem tylko westchnął.
Powiedz mi jedno poprosiłam.
Co?
Chcesz tu być?
Zamilkł, a potem cicho:
Chcę tutaj być.
Patrzyłam na niego kogoś, kto mieszkał ze mną tyle lat, znał moje gesty, nie pamiętał Wieprza, mówił innym pismem, ale trzymał kubek właśnie tak, jak mój Staszek.
To idź po chleb rzuciłam. Razowy. Ze Społem na rogu Narutowicza.
Kiwnął głową, założył kurtkę. W drzwiach się odwrócił.
Kasiu.
Co?
Wieprz opowiesz mi kiedyś?
Patrzyłam na niego długo.
Zobaczymy.
Drzwi się zamknęły. Zostałam z zimną kawą przy oknie, słuchając, jak schodzi po schodach. Czwarte piętro szesnaście stopni. Zawsze liczyłam.
Na rogu skręcił w stronę Społem.
Nie wiedziałam, co czuję. W środku pustka, jeszcze nie spokój, raczej cisza po burzy i nie musiałam dalej udawać, iż nic się nie dzieje.
Telefon zadzwonił. Nina.
I jak?
Nie wiem.
Rozmawiałaś z nim?
Tak.
I?
Patrzyłam za okno. Deszcz, ludzie z parasolami.
Ninka, umiałabyś żyć z kimś, kto nie pamięta, kim jest?
Pauza.
To on ci powiedział?
W sumie tak.
Kasia, to poważne. Musicie iść do lekarza. To się nie rozwiąże przy herbacie.
Wiem.
Więc co zamierzasz?
Odłożyłam kubek na parapet.
Jeszcze nie wiem. Poszedł po chleb.
Jaki chleb?
Razowy, ze Społem.
Cisza.
Kasia, straszysz mnie.
Wszystko dobrze. Oddzwonię później.
Schowałam telefon. Łyk kawy. Letnia, ale dobra.
Szesnaście schodów. Zawsze liczę.
Po dwudziestu minutach znów brzęk drzwi, kroki na schodach. Szesnaście.
Nie ruszyłam się z miejsca.
Klucz przekręcił się w zamku. Drzwi się otwarły.
Proszę bardzo, ostatni bochenek był.
Obróciłam się. W progu stał z chlebem w ręku, mokry od deszczu, włosy przyklejone do czoła.
Połóż na stół.
Położył.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę.
Napijesz się herbaty? spytałam.
Chętnie.
Postawiłam czajnik. On zdjął kurtkę, usiadł przy stole. Stałam tyłem. Słyszałam jego cichą obecność.
Kasiu odezwał się jeszcze Opowiesz mi kiedyś o Wieprzu?
Czajnik zaczynał syczeć, coraz głośniej.
Stałam i myślałam.
Nie teraz powiedziałam. Może później.
Dobrze powiedział.
Czajnik się zagotował.











