Małżeństwo na papierze – fikcyjny związek z rozsądku

newskey24.com 6 dni temu

Małżeństwo na niby.

Mam z Wojtkiem małżeństwo na niby. Tak się złożyło, iż Wojtkowi ślub był niezbędny do pięcia się po szczeblach kariery pracuje w poważnej firmie, której prezes, pan Jerzy Benedykciuk, to zagorzały wyznawca wartości rodzinnych. Zresztą, sam dowodzi pokaźną familią: ojciec pięciu dorosłych córek, teść pięciu zięciów i dziadek dziewięciorga wnucząt. Chwali się każdym z nich z niegasnącą dumą. Dla niego określenie kawaler brzmi jak obelga. Pracownik bez obrączki? To już nie żaden drugi sort, to prawie jak poważne przewinienie, niezależnie od osiągnięć i charakteru.

Gdy Wojtek zakumał, jak wygląda firmowy światopogląd, stwierdził, iż musi czym prędzej stanąć na ślubnym kobiercu, jeżeli nie chce dalej kisić się w swoim stanowisku. Przemyślał sprawę i złożył mi, swojej starej kumpeli, nietypową propozycję: udawany ślub. Styka się to z niewielkim ryzykiem z jego strony znamy się od przedszkola (nasze mamy razem piły kawę i piją do dziś), przez całą podstawówkę byliśmy nierozłączni. On ratował mnie z matematyki, za co odwdzięczałam się interpunkcją w jego rozprawkach.

W skrócie: wie o mnie wszystko, i wie, iż ani przez chwilę nie myślę, żeby dobrać się podczas rozwodu do jego mieszkania, konta czy samochodu.

A ja? Bez chwili wahania kiwnęłam głową na propozycję Wojtka akurat miałam na karku rozstanie z byłym chłopakiem po trzech latach burzliwego związku. Musiałam czymś zająć głowę, bo groziła mi wieczna depresja i smęty do końca świata. Poza tym, chciałam zrobić numer byłemu: popatrz, za kogo teraz wyszłam Wojtek jest interesujący, zapowiadający się, z niezłą furą i mieszkaniem w centrum Warszawy. No i przed kumpelami mogłam błysnąć: patrzcie, jaka ja ustawiona!

Tak oto, nasze intencje się pokryły i z Wojtkiem zarejestrowaliśmy skromnie nasze pozorne małżeństwo w lokalnym USC, bez fanfar, bez gołębi, bez princessowej sukni i bez limuzyny, choćby bez świadków. Ot, ledwo wybłagaliśmy wolne na popołudnie w pracy, wskoczyliśmy gwałtownie do urzędu i złożyliśmy podpisy w księdze małżeństw. Ale obrączki sobie wsunęliśmy, jak trzeba.

Ja choćby nazwisko na chwilę zmieniłam: Turczynowicz brzmi ciekawiej niż taka zwykła Nowak.

Muszę przyznać, iż to była inwestycja życia. Już po miesiącu Wojtek został dyrektorem departamentu w firmie. I to zasłużenie jest mega ogarnięty.

Mój status pani mężatki też cudownie przetasował hierarchię w kręgu rodziny i przyjaciół. Największą satysfakcję miałam jednak, czytając SMS-y od eksa typu: Szczęścia, choć miałem nadzieję, iż jeszcze coś z tego będzie. No cóż, chłopie tego się nie docenia, co się ma, dopóki nie stracisz. Teraz możesz sobie gryźć łokcie.

Szczerze mówiąc, plan zadziałał na 110%.

Do tego przyniosłam się na jakiś czas do Wojtka sam to wymyślił, dla podrasowania wiarygodności.

Sobota rano. Kręcę się po kuchni i pichcę śniadanie: omlet, twarożki, kawa z mlekiem. Wojtek to typ, co bez konkretnego śniadania nie funkcjonuje. Za oknem piękny, kwietniowy dzień. Wiosna! Uwielbiam ten czas.

Dziś sporo na głowie. Trzeba odwiedzić rodziców, posprzątać, nastawić pranie, zrobić sobotni obiad pewnie schabowe, może trochę flaków, pizzę, do tego sałatkę cezar po polsku. Takie zwykłe, babskie zamyślenia, bo robota po domu jak lawina.

Aż trudno uwierzyć, iż z Wojtkiem już trzynasty rok w tym naszym pozorowanym małżeństwie. Nasza córka Weronika idzie w tym roku do pierwszej klasy. Syn Janek kończy piątą i ma średnią jak marzenie, cały Wojtek! Mądry i prawdziwy tata, nie to co fikcyjny mąż…

Idź do oryginalnego materiału