Małżeństwo na niby.
Mam z Wacławem małżeństwo pozorne. Tak po prostu wyszło Wacławowi potrzebny był ten papier do rozwoju zawodowego. Pracuje w prestiżowej warszawskiej korporacji, gdzie prezes, pan Euzebiusz Benedykciuk, sam przewodzi wielkiemu klanowi rodzinnemu. Pięć córek, pięciu zięciów, dziewięcioro wnuków i wnucząt jest z tego bardzo dumny. Dla niego słowo kawaler to obelga, a nieżonaty pracownik jest uważany za kogoś trzeciej kategorii, bez względu na charakter czy osiągnięcia. Taki człowiek to adekwatnie persona non grata, choćby herbaty nie mają ochoty z nim pić.
Gdy Wacław to pojął, wiedział, iż bez żony nie awansuje, choćby nie wiem jak bardzo na to zasługiwał. Przemyślał wszystko, przeanalizował za i przeciw, aż w końcu zaproponował mi małżeństwo na papierze. Zaryzykował może niewiele, bo zna mnie od przedszkola nasze mamy chodziły razem na wagary i teraz jeszcze czasem chodzą. W podstawówce siedzieliśmy razem w jednej ławce. On ratował mnie z matematyki, a ja mu poprawiałam przecinki w wypracowaniach. Zna mnie jak własną kieszeń i dobrze wie, iż jestem wolna od interesownych zapędów nie ruszę jego mieszkania, nie zapragnę jego pieniędzy, nie będę pożądała żadnych jego dóbr przy podziale majątku.
Z mojej strony zgodziłam się bez oporu właśnie przeżywałam bolesne rozstanie z chłopakiem. Trzy lata związku poszły się… no wiadomo. Potrzebowałam świeżego powietrza, by nie stoczyć się w otchłań melancholii. Poza tym chciałam pokazać eksowi wyszłam za kogoś interesującego, z przyszłością, z fajnym samochodem i trzypokojowym mieszkaniem w centrum nie to, co ty! A przed koleżankami też mogłam zrobić wrażenie, iż u mnie wszystko w najlepszym porządku.
Tak oto nasze motywy zgrabnie się zazębiły i spokojnie z Wacławem zarejestrowaliśmy naszą fikcyjną ślubną umowę w urzędzie stanu cywilnego przy ulicy Grzybowskiej w środku tygodnia. Bez białego volvo, bez tłumu świadków, bez koronkowej sukni, welonu, fraka i tortu z trzema piętrami. Po prostu wyszliśmy wcześniej z pracy, wbiegliśmy do urzędu, złożyliśmy podpisy w wielkiej, urzędowej księdze i tylko obrączki byliśmy sobie w stanie założyć.
A choćby zdecydowałam się na zmianę nazwiska Turczynowicz brzmi jakoś ciekawiej od mojego, zwyczajnego Kowalczyk.
Muszę przyznać, iż nasze ciche oczekiwania całkiem się spełniły.
Już po miesiącu Wacław został dyrektorem departamentu. I to w pełni zasłużenie.
Mój status żony niesamowicie podniósł mnie zarówno w oczach rodziny, jak i bliższych i dalszych koleżanek. Najbardziej błogo czułam się wtedy, gdy przyszły do mnie SMS-y od byłego: Życzę szczęścia, ale myślałem, iż jeszcze do siebie wrócimy No, to masz za swoje! Nie szanujesz tracisz, zgubiłeś płacz! Teraz możesz się tylko gryźć w łokieć.
Krótko mówiąc, nasz układ był sukcesem na całej linii.
A propos tymczasowo przeniosłam się do Wacława sam nalegał, by wyglądało „na poważnie”.
Poranek sobotniej Warszawy.
Na kuchni smażę omlet, serniczki, paruję kawę z mlekiem. Wacław musi jeść solidne śniadania, inaczej dzień nie wyjdzie.
Za oknem wiosna. Kwiecień, słońce, powietrze pachnie deszczem i nadzieją.
Dzień zapowiada się pełen spraw. Zajrzeć do rodziców. Umyć podłogi, zrobić pranie, ugotować na obiad coś weekendowego: może schabowe, żurek, pizzę, sałatkę z kurczakiem i rukolą. Myśli jak sroka wokół wszystkich domowych detali. W typowo polskim stylu można zwariować od roboty.
Zresztą, z Wacławem od trzynastu lat w tym fikcyjnym małżeństwie żyjemy. Nasza córka Weronisia w tym roku pójdzie do pierwszej klasy. Synek Jaś kończy piątą i, swoją drogą, ma same piątki. Cały w tatę. Bo tata naprawdę mądry człowiek.
Nie to, co mój mąż fikcyjny…











