Małżeństwo na papierze.

newsempire24.com 6 dni temu

Małżeństwo na niby.

Dawno temu, gdy przypominam sobie tamte czasy, śmieję się do siebie miałam przecież z Tomkiem małżeństwo na niby.

Tak się ułożyło, iż Tomkowi bardzo zależało na zawarciu formalnego związku. Pracował w szanowanej warszawskiej korporacji, której szef, pan Edward Borowiecki, był wielkim orędownikiem idei rodziny i sam stał na czele rozgałęzionego rodu. Był ojcem pięciu dorosłych córek, teściem pięciu zięciów, dziadkiem tuzina wnuków i wnuczek. Niesamowitą dumą napawał go fakt, jaką liczną rodzinę udało mu się zgromadzić wokół siebie. Dla pana Edwarda słowo “kawaler” było niemal obelgą, a nieżonaty pracownik choćby jeżeli miał nieprzeciętne umiejętności postrzegany był nie jak człowiek drugiej, ale piątej kategorii, taki trochę wykluczony.

Tomek gwałtownie zauważył, iż bez żony może pomarzyć o awansie i stanowisku, na które od dawna zasługiwał. Poważnie rozważył wszystkie za i przeciw, aż postanowił poprosić mnie o małżeństwo. Wiedział, iż zaryzykować nie musi niczym, bo byliśmy przyjaciółmi od przedszkola nasze mamy się znały, towarzyszyły sobie w radościach i smutkach do dziś. W podstawówce i liceum razem siedzieliśmy w ławce on pomagał mi w matematyce, ja mu z polskiego i interpunkcji. Nic mnie nie mogło zaskoczyć, bo zna mnie jak własną kieszeń: wiedział, iż nie mam zapędów materialistycznych, nie będę się upominać przy rozwodzie o jego mieszkanie w Śródmieściu, ani o oszczędności w złotówkach, ani o samochód.

Z kolei ja przystałam na jego propozycję bez zawahania, bo właśnie przeżywałam bolesne rozstanie z chłopakiem po trzyletnim związku. Chciałam się odciąć od ponurych myśli, które groziły mi niekończącą się depresją. A przy okazji chciałam pokazać byłemu, iż potrafię wyjść za mąż za kogoś fajnego, dobrze rokującego, z autem i dużym mieszkaniem w centrum to nie byle kto! Chciałam pokazać koleżankom, iż świetnie sobie radzę.

Nasze interesy szczęśliwie się zeszły. Z Tomkiem zarejestrowaliśmy nasz udawany ślub po cichu, bez hałasu, wesela, białej sukni, welonu, limuzyny czy gołębi w niebo. Oboje wzięliśmy urlop na pół dnia, poszliśmy do urzędu stanu cywilnego w Mokotowie, położyliśmy podpisy w wielkiej księdze. Same obrączki sobie wsunęliśmy.

Nawet zdecydowałam się na czas jakiś przyjąć nazwisko Tomka Turczyńska brzmiała ciekawiej niż po prostu Daniszewska.

Muszę przyznać, iż wszystko poszło zgodnie z planem. Po miesiącu Tomek dostał stanowisko dyrektora departamentu, w pełni zasłużenie. Mój status żony w oczach znajomych nagle niesamowicie wzrósł. Szczególna satysfakcja mnie ogarnęła, gdy były chłopak przysłał SMS: Życzę szczęścia, ale liczyłem, iż kiedyś jeszcze będziemy razem. No to masz, teraz sobie pluj w brodę, kolego.

Nasze oczekiwania wobec tego układu z nawiązką się spełniły.

Dla większej wiarygodności na jakiś czas zamieszkałam u Tomka. To jego pomysł.

Sobota rano. Stoję przy kuchence i smażę omlet, leniwe, do tego kawa z mlekiem. Tomek lubi solidne śniadania, zwłaszcza w weekendy. Zerkam przez okno cudowny kwietniowy dzień się zaczyna, pierwsze serio wiosny, której od dziecka nie mogłam się doczekać.

Dziś piętrzy się lista zajęć: trzeba odwiedzić rodziców, trochę posprzątać, zrobić pranie, ugotować na obiad coś miłego na sobotę może schabowe, zupę ogórkową, pizzę, sałatkę cezar Jak każda pani domu mam pełne ręce roboty.

Minęły już trzynaście lat, odkąd z Tomkiem mamy to nasze udawane małżeństwo. Nasza córka Weronika w tym roku idzie do pierwszej klasy. Syn Janek kończy piątą, zresztą wzorowy uczeń. Cały w tatę mądrego, prawdziwego ojca.

Tylko, czy mój mąż dalej można nazywać udawanym?

Idź do oryginalnego materiału