Kiełbasiany Złodziej

polregion.pl 5 dni temu

ZŁODZIEJ KIEŁBAS

Nie sposób było nie zauważyć tego kota. Szczególnie, iż regularnie podkradał jedzenie w moim małym sklepie spożywczym na obrzeżach Krakowa. Ale robił to w taki sposób, iż nie dało się choćby złościć wręcz przeciwnie.

Z niecierpliwością czekałem na jego kolejne pojawienie się, a cały proceder nagrywałem telefonem. Potem wieczorem pokazywałem te filmiki żonie i śmialiśmy się z całego serca. Ale po kolei.

Kot długo przesiadywał przed otwartymi drzwiami, udając, iż tylko odpoczywa, a nie wypatruje sposobności do kradzieży. Oglądał się dyskretnie na wszystkie strony, upewniał, iż nikogo nie ma w pobliżu. Sam chowałem się wtedy za wysoką lodówką, skąd mogłem wszystko śledzić i nagrywać.

Ostrożnie wchodził do środka i od razu kierował się do lady z kiełbasą. Tam przyspieszał, wyrywał parówkę albo kawałek kaszanki i błyskawicznie znikał. Ale głód nie pozwalał mu odejść zbyt daleko: tuż za rogiem zaczynał ucztę.

Wychodziłem wtedy przed sklep i z daleka pytałem:
Smakuje?
Podnosił głowę, mruczał cicho, jakby chciał potwierdzić.
No to dobrze odpowiadałem.
Wracaj, gdy zgłodniejesz.

Może dziwi was, jak to możliwe, iż kiełbasy leżały tak sobie w zasięgu kota, nie w lodówce, nie na widoku, a pojedyncze kawałki czekały na zgarnięcie. Odpowiedź prosta: miałem po prostu miękkie serce.

Nie mogłem patrzeć, jak ten kot, chudy jak szczapa, próbuje przeżyć na ulicy. Ale był dumny nie chciał podejść do człowieka, nie jadł karmy podanej z ręki. Wtedy wymyśliłem, by początkowo położyć kilka parówek tuż przy wejściu, żeby mógł sam zdobyć swój obiad. Nazwałem go Feliks bo w tych oczach widziałem upór prawdziwego łowcy.

Z czasem przesuwałem kiełbasy coraz dalej w kierunku półki z innymi produktami. W końcu na najniższym poziomie, zaraz przy podłodze, urządziłem punkt karmienia. Mógłby wtedy spokojnie wejść i po prostu wziąć, co chce, ale panie i panowie tu chodziło o samą przygodę. Ukradzione smakuje lepiej.

Z czasem wystawiłem przed sklep poidełko, dużą miskę z najlepszą karmą i plastikowy pojemnik z żwirkiem. Obok sklepu postawiłem choćby małą budkę z ciepłym kocem w środku. Feliks wciąż był nieufny i nie dawał się dotknąć, ale rozmowy z nim mnie rozczulały.

Za każdym razem, gdy wynosił skradzioną kiełbasę, wychodziłem za nim i gadaliśmy. Przerywał posiłek, patrzył na mnie uważnie i odpowiadał krótkim miauknięciem. Jednak od jakiegoś czasu dziwiło mnie jego zachowanie. Feliks przytył, sierść mu się wyraźnie poprawiła, nie brakowało mu już raczej jedzenia. A mimo to wciąż dwa razy dziennie kradł parówki i znikał z nimi za róg.

Wielokrotnie próbowałem za nim podążać, ale zawsze mi umykał. W końcu kupiłem niewielką kamerę i zainstalowałem ją z widokiem na zaplecze. Pewnego dnia udało mi się rozwiązać zagadkę Feliksa.

Z małego okienka piwnicznego sąsiedniego domu wyskoczył rudy kociak. Trzęsąc się z niecierpliwości, rzucił się na przyniesioną przez Feliksa kiełbasę.

Następnego wieczoru, kiedy opowiedziałem o wszystkim żonie, Katarzyna zalana łzami krzyczała:
Od jutra, słyszysz? Masz je wszystkie przywieźć do domu!
Tylko iż to nie było takie łatwe. Feliksa dało się schwytać bez trudu w końcu nieraz drzemał choćby na środku sklepu. Ale rudego łobuza nie dało się choćby dotknąć.

Mijały dni. Przez kamerę obserwowałem, jak malutki rudy kociak podbiega do poidełka, czasem śpi w budce dla psa, ale na każdy ruch człowieka od razu uciekał, jak mała błyskawica.

Wszystko się zmieniło pewnego ranka. W sklepie nie było nikogo, a ja usłyszałem przedziwny dźwięk od wejścia. Wyszedłem zza lady – na progu siedział rudy kociak i miauczał przeraźliwie.

Co się stało, maluchu? zapytałem zdziwiony.
Kociak podbiegł, spojrzał mi prosto w oczy i poprowadził za róg. Tam znalazłem Feliksa, który cicho jęczał, leżąc na boku. Jakaś bezpańska psina pogryzła mu tylną łapę zdążył się wyrwać, ale rana była głęboka.

Maluch przytulił się do niego i znów zaczął głośno wołać.

No masz ci los mruknąłem.

Zdjąłem kurtkę, zawinąłem Feliksa i zaniosłem oboje do samochodu rudego schowałem w kieszeni. Zamknąłem sklep i popędziłem do weterynarza.

Spędziliśmy tam pięć godzin weterynarz czyścił i zszywał ranę Feliksa, a ja przez ten czas oswajałem się z małym rudym kocurkiem. Nazwałem go Iskierka pasowało do niego, bo był niesamowicie energiczny i towarzyski.

Wieczorem wróciłem do domu razem z półprzytomnym jeszcze Feliksem i rozbrykanym Iskierką. Katarzyna była w siódmym niebie a jak wiadomo, szczęśliwa żona to i dom rozbrzmiewający telefonami do wszystkich przyjaciółek, które trzeba koniecznie poinformować i poprosić o radę.

Zanim skończyła rozmowy, ja, Feliks i Iskierka już spaliśmy rozciągnięci na łóżku.
Ładna sprawa mruknęła, patrząc rozbawiona na naszą futrzaną brygadę. A ja gdzie mam się położyć?
Ale Iskierka nie miał nic przeciwko i ochoczo się przysunął, wcisnął pod jej ramię i zaczął ugniatać łapkami.

Tak właśnie znaleźli swój dom. Teraz dwa dorodne, zadbane kocury ani trochę nie przypominają dawnych bezdomnych rozrabiaków. Feliks czasem wylizuje Iskierkę ze starego przyzwyczajenia, a Iskierka mruczy z zadowoleniem.

Naprzeciwko, przy sklepie obuwniczym, zamieszkała ostatnio mała szara kotka. Ekspedientka biega codziennie do mojego sklepu po jedzenie dla niej.

Może zabierze ją kiedyś do domu? Może kiedyś znajdą się domy dla wszystkich takich kotów i trzeba je będzie rezerwować i odbierać z kolejki po przeszkoleniu, jak coś cennego?

Czasem się zastanawiam może do tego kiedyś dojdzie?
Jedno wiem na pewno warto czasem podzielić się choćby swoją parówką, bo szczęście wraca.

Idź do oryginalnego materiału