Kiełbasiany złodziej

newsempire24.com 5 dni temu

DZENNIK WŁAŚCICIELA SKLEPU SPOŻYWCZEGO

Nie mogłem nie zwrócić uwagi na tego kota. W końcu codziennie okradał mój mały spożywczak w centrum Zielonej Góry. Robił to w taki sposób, iż absolutnie nie dało się na niego gniewać. Wręcz przeciwnie z niecierpliwością czekałem na jego występ każdego ranka. Zawsze nagrywałem tę scenę na telefon, żeby później wieczorem pokazać wszystko żonie. I razem się śmialiśmy.

Kot długo przesiadywał przed otwartym wejściem do sklepu, udając, iż tylko przyszedł odpocząć. Udawał, iż wcale nie myśli o kradzieży. Rozglądał się czujnie na wszystkie strony, sprawdzał, czy nikt go nie obserwuje. Ja chowałem się za wielką lodówką z nabiałem, skąd miałem najlepszy widok.

W końcu, powolutku, jakby nigdy nic, szedł prosto pod ladę, gdzie specjalnie układałem plasterki kiełbasy: parówki, kabanosy, czasem też kaszankę. Tam nagle przyspieszał, łapał jeden kawałek i natychmiast uciekał na zewnątrz… ale nie dalej, jak kilka metrów od sklepu, głód wygrywał z ostrożnością. Zatrzymywał się, siadał i spokojnie zabierał się do jedzenia.

Wychodziłem wtedy przed sklep i z daleka zagadywałem:
Smakuje?
Podnosił głowę, patrzył mi prosto w oczy, miauknął z aprobatą.
No i dobrze odpowiadałem. Wpadaj częściej.

Pewnie wydaje wam się to dziwne: cała ta kiełbasa leży na niskiej półce, poza lodówką i wcale nie pod kluczem. Kabanosy rozłożone po kawałku jak na złość do kradzieży. Powód był bardzo prosty.

Po prostu mam dobre serce. Ten kot przyszedł do sklepu wycieńczony, skóra i kości, ale… nie chciał podejść, gdy próbowałem mu dać coś z ręki czy miski! Wtedy wpadłem na pomysł: kładłem parówki tuż przy progu, żeby nazwijmy go Feliks bo takie imię nadałem temu mojemu złodziejaszkowi mógł sobie sam upolować jedzenie. Ukradnie, jakby uczciwie zapracował.

To działało. Z czasem przesuwałem kiełbasę coraz dalej do środka sklepu, aż na końcu leżała już na specjalnie przygotowanej półeczce za ladą. Tam obok postawiłem miskę z wodą, potem też dobrą karmę dla kotów i plastikowe pudło z piaskiem. Obok stanęła ocieplona, kolorowa, budka z kocem. Feliks jeszcze długo nie był całkiem ufny, nie dawał się pogłaskać, ale rozmowy już lubił.

Wychodziłem po skradzionej parówce i wdawałem się z nim w pogawędkę. Od czasu do czasu podnosił łebek podczas jedzenia i odpowiadał mi miauknięciem.

Ostatnio jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Feliks już był zdrowy, tłusty, błyszcząca sierść i te sprawy wcale nie musiał kraść kiełbasy, a mimo to zawsze dwa, trzy razy dziennie kradł po kawałku i znikał z nimi za róg.

Próbowałem go śledzić, ale zawsze wymykał się sprytnie, gubiąc mnie gdzieś między blokami. Postanowiłem kupić małą kamerkę (zainstalowałem ją nad wejściem), a obraz wysyłała prosto na mój komputer w pokoju biurowym.

Któregoś dnia odkryłem tajemnicę Feliksa. Z piwnicznego okienka tuż za rogiem wypadł mały, rudo-biały kociak. Drżąc z głodu, rzucił się na podrzuconą przez Feliksa parówkę!

Jeszcze tego samego wieczoru moja żona, płacząc ze wzruszenia, zarządziła:
Andrzej! Jutro KONIECZNIE musisz ich zabrać do domu!
Ale to nie było wcale takie proste. Feliksa złapać było coraz łatwiej spał już często pod warzywniakiem, na skrzynkach, ale kociak którego zaczęliśmy wołać Iskierka uciekał jak błyskawica.

Kolejne dni obserwowałem sytuację przez kamerkę. Iskierka pojawiał się coraz częściej przy poidle albo spał cicho w domku Feliksa, ale każda próba podejścia kończyła się ucieczką.

Wszystko zmieniło się wczoraj. Usłyszałem gwałtowny hałas przy wejściu. Nikogo z klientów nie było, więc wyszedłem zza lady. Przed drzwiami siedział Iskierka i miauczał na cały głos.

Co się stało, maluchu? zapytałem.
Kociak podbiegł, spojrzał prosto w moje oczy i pobiegł za róg. Bez namysłu poszedłem za nim. Za budynkiem, na trawie, leżał Feliks. Stękał i trzymał się za tylną łapę ugryzł go pies. Udało mu się uciec, ale rana była poważna.

Iskierka pchał się do brata (albo ojca, kto wie?), miaucząc przeraźliwie. Bez zastanowienia zdjąłem kurtkę, położyłem w niej Feliksa i wziąłem przestraszonego kociaka pod pachę. Zamknąłem sklep i ruszyliśmy autem do weterynarza.

Pięć godzin na lecznicy zszywanie rany Feliksa, badania, opatrunki… W tym czasie uspokoiłem Iskierkę, który okazał się być niesamowicie rozgadany, ciekawski i towarzyski.

Wieczorem zamknąłem sklep, zabrałem otumanionego narkozą Feliksa i wesołego Iskierka do domu. Żona była zachwycona a jak wiadomo, szczęśliwa kobieta telefonuje do wszystkich przyjaciółek, omawiając szczegóły.

Kiedy skończyła długi maraton rozmów, ja, Feliks i Iskierka spaliśmy rozwaleni na łóżku.

No świetnie! westchnęła żona. A ja gdzie się położę?
Ale Iskierka się przesunął, przytulił do niej i zaczął ugniatać łapkami koc. Tak znalazły dom nasze dwa sklepowe koty.

Dziś Feliks i Iskierka to duże, dostojne kocury wyglądają, jakby całe życie mieszkały w ciepłym mieszkaniu, a nie na zielonogórskich podwórkach. Feliks czasem jeszcze nawykowo wylizuje Iskierkę, a tamten nie protestuje, a choćby zaczyna mruczeć.

A naprzeciwko, pod sklepem obuwniczym, zadomowiła się mała szara kotka. Ekspedientka często przybiega do mnie po świeżą pasztetową, żeby ją nakarmić.
Może ją też ktoś kiedyś przygarnie? Może doczekamy czasów, iż koty będą deficytowe i trzeba będzie zapisywać się po nie w długich kolejkach i przechodzić specjalne kursy adopcyjne?
Ciekawa sprawa… Myślicie, iż to możliwe?

Idź do oryginalnego materiału