Jak teściowa wyśniła nam syna i uplotła go z mgły.
Odkąd nasz syn, Bartosz, wziął ślub z Lilką, znikł nam z oczu, jakby go z wioską porwały duchy z Białowieży. Kiedy zamykam oczy, widzę tylko jego cień, błądzący między blokami Zielonej Góry a szarą kuchnią u teściowej. Tam właśnie przesiaduje, jakby Władysława matka Lilki splatała nici losu z taką pilnością, iż bez jego obecności wszystko by się zawaliło.
Dom Władysławy zdaje się być osobnym światem. Co rusz pęka kafelek, przecieka kran lub lodówka wokół siebie rozlewa lodowatą wodę, a wszystkiemu towarzyszy syczący głos teściowej, który przywołuje mojego syna, jakby był jedynym fachowcem w kraju. choćby złotówki z portfela zdają się zamieniać w ulotne pierogi z kapustą i grzybami, gdy tylko pojawi się nowa usterka. Zastanawiam się czasami, czy ich mieszkanie nie leży pod dziwnym wpływem, gdzie bez pomocy Bartosza ściany odpadają, gniazdka znikają, a garnki tańczą na półkach.
Mieszkanie dla syna kupiliśmy jeszcze, gdy zaczynał studia w Poznaniu. Dałam mu klucze do pełnego jedzenia lodówki, a on powoli przenosił się na stronę dorosłości. Gdy zamieszkali z Lilką po ślubie, myślałam, iż będą wpadać do nas po swojski ser i herbatę malinową od babci. Zamiast tego na święta i rodzinne obiady przychodzi już tylko echo. Siedzimy we dwoje z mężem Henrykiem, czasem wpada też mój ojciec Teofil i moja mama Leokadia cztery duchy przy dużym stole, wszyscy czekający na Bartosza, którego już nie ma.
Nie mogę powiedzieć, iż Lilka jest zła. Ona jest jakby w połowie snu trochę tu, trochę po drugiej stronie firanki. A teściowa? Władysława, chociaż ma tyle lat co ja, śmieje się i płacze jak dziecko, trochę wróżka, a trochę pajac na rynku. Sześć rozwodów to jej ślubny dorobek, a każda opowieść kończy się śmiechem przez łzy.
Nasze rozmowy z Władysławą przypominały szybkie wymiany spojrzeń nad ogórkową na weselu. Grzeczne gratulacje, skinienia głowy, a potem każda z nas wracała do swojego. Jej świat był utkany z innych nici niż mój.
Już przed ślubem zaczęłam widzieć, jak Bartosz coraz bardziej zanurza się w ten mglisty świat jego nowej rodziny. Z początku te drobiazgi wymiana żarówki, naprawa zepsutej pralki, kapryśna żaluzja wydawały mi się czymś naturalnym. W końcu każdy Polak to złota rączka, a nie w każdym domu jest męska dłoń. Ale z czasem tych awarii było coraz więcej, tak jakby sama rzeczywistość u Władysławy się rozsypywała i tylko Bartosz mógł ją posklejać.
Coraz częściej słyszałam przez telefon, iż nie mogą przyjść na imieniny, bo Mama Lilki musiała wymienić bezpieczniki, Mama Lilki rozbiła szybkę w oknie, Mama Lilki potrzebuje wsparcia, bo ekipa hydraulików wzięła kasę, a zalanie jak było, tak jest. Moi znajomi mówili, iż teraz już tylko oni wiedzą, jakiego koloru ściany są w mieszkaniu Bartosza.
Kiedy kupiliśmy nową lodówkę piękną, białą, jak z reklamy w Telewizji Polskiej poprosiliśmy syna o pomoc. Najpierw miał przyjść, ale potem telefon: Nie mogę, mamo, muszę z Lilką do jej mamy, bo przecieka jej pralka, już nie da się wytrzymać, zalała pół mieszkania na dole, może tam będzie ślizgawka.
Henryk w końcu zadzwonił i w słuchawce usłyszał podniesiony głos Lilki: Tato, czy naprawdę nie mogliście wynająć firmy przeprowadzkowej? Bartosz jednak przyszedł. Miał minę, jakby właśnie przenosił Tatry na plecach.
Tato, nie mogłeś kogoś zadzwonić? Po co ja tu tyram jak wół?
Pękła we mnie tama. Czemu teściowa sama nie zadzwoni po majstra? Może w jej świecie, gdzie rzeczy przesuwają się po ścianach, hydraulicy znikają w drzwiach, a elektrycy śnią trybikiem, wszystko trzeba naprawiać samemu? Syn stwierdził, iż dzisiaj każdego można oszukać, a Władysławę którą wszyscy traktują jak dziecko we mgle oszukują podwójnie.
Wtedy Henryk rzucił tylko: Może ona o sprzęcie AGD nie ma pojęcia, ale owce prowadzi lepiej niż baca ze Szczawnicy i wyszedł na balkon z papierosem. Bartosz się zirytował i wyszedł za nim, a rozmowy już nie było. Ja byłam rozdarta między skałą a młotem. Mąż miał rację, ale mógł powiedzieć to łagodniej, bo zakończyło się klapą.
Od tej kłótni minęły już dwa tygodnie. Bartosz z Henrykiem się nie odzywają. Nikt nie chce być pierwszy duma, stara jak góry. Ja czuję się jak zamarznięty barszcz na parapecie, bo chcę mieć syna w domu, choćby jeżeli tylko zapomniał zapachu naszej kuchni. Najbardziej zadowolona jest chyba tylko Władysława jej porcelanowy świat kręci się wokół Bartosza jak karuzela, a nam pozostało tylko patrzeć przez szybę.
Czasem w tym śnie mam wrażenie, iż wszyscy jesteśmy tylko pionkami w planszówce, którą wymyśliła teściowa.














