„Przypadkowo odkryłam paskudną zdradę chłopaka. Przez lata mydlił mi oczy wieczornymi spotkaniami z kolegami”
„Wiedziałam, że nie wytrzymam z tym dłużej. Nie mogłam udawać, że wszystko jest w porządku. Każde jego słowo zaczęło mnie drażnić, każde >>kocham cię

- Redakcja
Mam 27 lat, pracuję w agencji kreatywnej, mam przyjaciół, kawiarnię za rogiem, kota o imieniu Jajo i – tak przynajmniej jeszcze niedawno myślałam – idealnego chłopaka. Szymon. Mój Szymon. Chłopak, który potrafił przyjechać pod moje okno z gorącą pizzą, kiedy płakałam po gorszym dniu w pracy. Człowiek, który wstawał wcześniej, żeby zrobić mi śniadanie, chociaż sam zwykle nie jadał. Ten, który pisał do mnie listy. Ręcznie. Jakby żył w innej epoce.
Byliśmy razem dwa lata
Rok temu zabrał mnie do Włoch – Positano, pamiętam, jakby to było wczoraj – wynajął mały pokój z widokiem na morze i przez całe dnie chodziliśmy boso po plaży. Wrzucaliśmy zdjęcia, te nasze kadry „jak z bajki”, i zbieraliśmy tysiące serduszek.
Zazdrościli nam. Ludzie, których znałam tylko z widzenia, pisali: „Wy to jesteście stworzeni dla siebie!”, „Miłość jak z filmu!” A ja, idiotka, wierzyłam, że tak właśnie wygląda prawdziwa miłość. Moja prawdziwa miłość.
– Lena, nie uważasz, że on jest... no nie wiem... zbyt idealny? – zapytała kiedyś w żartach moja przyjaciółka, Karolina, mieszając słomką w Aperolu. – Przecież to aż podejrzane.
Parsknęłam śmiechem. Pochyliłam się do niej przez stół i szepnęłam:
– Zazdrościsz.
Bo przecież nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak. Naprawdę nic. Ale to zdanie – jego echo wróciło do mnie później. Kiedy już było za późno.
Bo nikt nie widzi, co jest w środku. Nikt nie zagląda do szuflady, gdzie chowasz swoje wątpliwości. Ja też nie zaglądałam. Nie chciałam. Do czasu...
To był zwykły wtorek
Deszczowy, taki nijaki, że aż człowiek się cieszył z każdego powodu, żeby się czymś zająć. Pracowałam zdalnie, miałam na sobie rozciągnięty sweter i dresy, a jedynym kontaktem z rzeczywistością był kot, który mruczał mi pod stopami. Telefon zabrzęczał, kiedy właśnie kończyłam poprawiać tekst do kampanii dla nowego klienta. Instagram.
Wiadomość od nieznajomego profilu. Nazwa nic mi nie mówiła, zdjęcia prywatne. Weszłam bez większych emocji, może ktoś coś kupił z mojego vinted i chciał dopytać. Ale nie. W środku było tylko jedno zdjęcie. Nic więcej.
Zamarłam. Serce zaczęło mi bić szybciej, jakby już wiedziało, co zaraz się wydarzy. Na ekranie – Szymon. Mój Szymon. Stał na jakiejś ulicy, ściskał w talii kobietę o ciemnych włosach i całował ją w usta. Nie to było jednak najgorsze. Najgorsze było to, jak bardzo wyglądał na szczęśliwego. Jakby to było coś zupełnie naturalnego. Jakby to była jego codzienność.
Spojrzałam na to zdjęcie raz. Drugi. Trzeci. Wbiłam wzrok w ekran tak długo, że obraz zaczął się rozmazywać, a mózg przestał rozpoznawać kształty. Nie… To musiało być nieporozumienie. Może to był sobowtór? Może jakieś stare zdjęcie? Może… może ktoś się pomylił? Ale im dłużej patrzyłam, tym bardziej widziałam znajomą kurtkę, buty, fryzurę. Jego rękę, tę z małą blizną przy nadgarstku. To był on.
Czułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Ściany się poruszały, a ja, zamiast działać, siedziałam bez ruchu. Głowa puchła od myśli, które nie chciały się ułożyć w logiczną całość. Włączyła mi się jakaś idiotyczna potrzeba racjonalizacji.
Może to było sprzed naszej relacji? Może ktoś chce mnie skrzywdzić? Może… ale nie mogłam już się oszukiwać. Instynkt mówił prawdę. Coś było nie tak.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Szymona. Po dwóch sygnałach odebrał, jak zawsze ciepłym, spokojnym głosem.
– Hej, kotku. Co tam?
– Gdzie byłeś wczoraj wieczorem? – zapytałam możliwie neutralnie, starając się, żeby głos mi nie drżał.
– Z chłopakami. Piłka i potem pizza. Wróciłem późno, myślałem, że już śpisz.
Ani chwili zawahania. Zero niepewności. Jakby to była absolutna prawda. Zamurowało mnie.
– Aha – odpowiedziałam chłodno. – To dobrze.
– Wszystko w porządku?
– Tak. Po prostu miałam ciężki dzień.
Rozłączyłam się pierwsza. Spojrzałam znowu na zdjęcie. Gdyby był z chłopakami, nie mógłby być z nią. Zaczęło do mnie docierać, że właśnie pęka coś, co miało trwać wiecznie.
Nie mogłam spać. Zdjęcie z wiadomości nie dawało mi spokoju, przewijało się przed oczami za każdym razem, gdy zamykałam powieki. Kot leżał obok, ale nawet jego ciche mruczenie nie koiło jak zwykle.
Czułam się, jakby ktoś mnie wrzucił do czarnej wody i zostawił bez powietrza. I właśnie wtedy, o trzeciej nad ranem, postanowiłam szukać dalej.
Przecież każdy zostawia jakiś ślad
Weszłam na jego Instagram. Ten, który znałam – był czysty. Same zdjęcia z wakacji, z kotem, ze mną. Ale coś mnie tknęło. Kiedyś przypadkiem zobaczyłam, że ma drugie konto, takie „dla znajomych”. Nigdy mi go nie pokazał, mówił, że „tam wrzuca głupoty z liceum”. Teraz wpisałam nazwę, którą zapamiętałam. Znalazłam.
Zamroziło mnie. Na profilu – ona. Ta sama kobieta ze zdjęcia. Zdjęcia z kolacji, wspólnych wyjazdów, selfie w łóżku. Opisy typu „moje wszystko”, „najlepszy wieczór”, „z Tobą wszystko ma sens”. Nie było tam mnie. Jakby nasze dwa lata nie istniały.
Poczułam, jak łzy zaczynają mi lecieć po policzkach, najpierw cicho, potem już bezwstydnie, jak u dziecka. Wstałam, chodziłam po mieszkaniu. W końcu, jak idiotka, zaczęłam mówić do siebie na głos.
– Kim ty jesteś?! – krzyknęłam w pusty pokój. – Jak mogłeś?! Jak można tak kłamać?!
Zaczęłam się śmiać. Histerycznie. Głośno. Potem znowu płakałam. W głowie kłębiły się setki pytań. Czy ona wiedziała o mnie? Czy ja byłam tą drugą? A może jedną z wielu?
Wtedy zrozumiałam, że już nie chodzi o to, co zrobił. Chodziło o to, że przestałam rozumieć, kim był naprawdę.
Wiedziałam, że nie wytrzymam z tym dłużej. Nie mogłam udawać, że wszystko jest w porządku. Każde jego słowo zaczęło mnie drażnić, każde „kocham cię” brzmiało jak żart.
Nie spałam drugą noc z rzędu. Przez głowę przelatywały mi scenariusze: co powiem, jak zareaguje, co jeśli się rozpłaczę. Ale nie. Tym razem nie będę płakać. Tym razem to on będzie się tłumaczył.
Napisałam mu rano, żeby wpadł do mnie po pracy. „Mam ochotę na Ciebie” – tak napisałam. Z ironicznym uśmiechem. Odpisał błyskawicznie: „O 18 będę. Tylko powiedz, wino czy piwo?”. Nie wiedział, że to ostatni raz, kiedy będzie w moim mieszkaniu z uśmiechem.
Zjawił się punktualnie. Z kwiatami. Z tą swoją czułą miną, którą tak dobrze znałam. I nagle wszystko we mnie pękło.
– Usiądź – powiedziałam. Nie całowałam go. Nie odebrałam bukietu. Wyciągnęłam telefon, otworzyłam wiadomość i pokazałam mu zdjęcie.
Zamarł.
– To nie tak, Lena...
– To jak? – zapytałam. Głos mi się łamał, ale trzymałam się. – Gdzie byłeś tego wieczoru? Bo przecież mówiłeś, że z kolegami.
Szymon usiadł ciężko na krześle. Patrzył na mnie, ale nie było w nim już nic z tego mężczyzny, którego znałam.
– Nie chciałem cię ranić. To... skomplikowane.
– Skąd ja to znam – prychnęłam. – To ile z tego było kłamstwem?
Zamilkł. Po chwili powiedział cicho:
– Nie kłamałem. Kochałem cię. Ale ją też.
– Nie da się kochać dwóch osób tak samo – rzuciłam ostro.
– Może ty nie potrafisz – odpowiedział bez mrugnięcia.
W tej chwili coś się we mnie zacięło
Już nie chciałam wiedzieć więcej. Nie chciałam rozumieć. Bo najgorsze było to, że w jego oczach nie było winy. Tylko przekonanie, że ma prawo.
Wyrzuciłam go. Bez krzyków, bez dramatów. Po prostu otworzyłam drzwi i powiedziałam: „Idź”. Wstał, jeszcze próbował coś mówić, ale już nie słuchałam. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi i wtedy puściło. Zsunęłam się na podłogę i zaczęłam płakać. Głośno, brzydko, z gulą w gardle i śliną na wargach.
Po godzinie wstałam, ubrałam pierwsze lepsze ciuchy i wybiegłam z mieszkania. Nie miałam celu. Włóczyłam się po ulicach, aż usiadłam na ławce w parku, tej, na której kiedyś jedliśmy razem lody. Teraz tylko marzłam i wpatrywałam się w ciemność.
W głowie miałam jego głos. Te wszystkie słowa, które kiedyś brzmiały jak obietnice, a teraz jak kpina. Próbowałam zrozumieć, jak to możliwe, że żyliśmy razem dwa lata, a ja nie widziałam nic. Jak to możliwe, że ja – tak uważna, tak oddana – byłam tylko połową jego życia?
W końcu wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam.
– Karola… – powiedziałam przez łzy. – On miał dwie dziewczyny. Przez dwa lata. A ja nie widziałam nic. Jestem idiotką?
– Nie, Lenka… – odpowiedziała cicho. – Nie jesteś.
Ale to wszystko brzmiało pusto.
Znalazłam ją łatwo
Miała otwarty profil, z tamtego konta Szymona. Marta. Ciemne włosy, łagodna twarz, komentarze pod zdjęciami, które znałam już na pamięć. Napisałam do niej. Nie planowałam tego, palce po prostu same wystukały: „Czy możemy porozmawiać? Chodzi o Szymona.”
Odpisała po kilku godzinach. „Też mam pytania. Spotkajmy się.” Umówiłyśmy się w kawiarni na Powiślu. Przyszłam pierwsza, siedziałam z dłońmi zaciśniętymi na kubku z herbatą. Marta weszła cicho, spojrzała na mnie, jakby szukała potwierdzenia, że to ja.
Usiadła naprzeciwko. Przez chwilę milczałyśmy. W końcu powiedziałam:
– Myślałam, że jestem jego jedyną.
Skinęła głową. Z lekkim uśmiechem, ale w oczach miała ból.
– Ja też. I chyba w tym był dobry – żeby każda z nas czuła się wyjątkowa.
Rozmawiałyśmy długo. Okazało się, że wiedziała o mnie. Ale Szymon powiedział jej, że jestem jego byłą, która „nie potrafi odpuścić”. Że mu współczujesz, że wysyłam wiadomości, że nie może się ode mnie uwolnić. Uwierzyła. Tak jak ja uwierzyłam w jego kolegów i wieczorne mecze.
Obie siedziałyśmy przy tym stoliku – dwie obce sobie kobiety, które łączył jeden kłamca. I jedno pytanie, które wisi do dziś: kim on naprawdę był?
Lena, 27 lat
Czytaj także:
„Pyskata teściowa wiecznie rozstawiała mnie po kątach jak smarkulę. Znalazłam sposób, by wreszcie ją uciszyć”
„Znajomi myślą, że żyję jak baronowa, a mnie ledwo stać na pasztet z dyskontu. Udaję milionerkę, bo wstydzę się biedy”
„Dzieci chciały zgarnąć spadek, choć jeszcze nie jestem w grobie. Będą w szoku, gdy po mojej śmierci otworzą testament”