Dekadencja - 5. Gniazdo decydentów / missnobody

publixo.com 2 godzin temu

Pracownik ochrony, niczym posąg strzegący wrót Tartaru, każdego dnia musiał mierzyć się z nieustannym potokiem ludzkiej deprawacji, która wylewała się na progi lokalu jak gorzka żółć. Przez większość zmiany musiał mierzyć się z syzyfową pracą — nie inaczej było tego wieczoru. Damian z obrzydzeniem wyminął stół ociekający kwaśną wonią wymiocin, tuż po tym, jak hulaszczy jegomość uraczył się nadmiarem trunków i musiał zostać odprowadzony na zewnątrz, by tam otrzeźwieć w chłodzie listopadowej nocy. Chwilę po tym incydencie musiał przywołać do porządku pewnego agresywnego biznesmena, którego nadmierna zuchwałość zagrażała innym klientom klubu. Potem z nieugiętą stanowczością, odmówił wstępu hordzie młodzieży, której podrobione dokumenty rażąco zdradzały ich prawdziwy wiek, a następnie zablokował atrakcyjną damę, która, polegając wyłącznie na swojej urodzie i skąpym ubiorze, próbowała przemknąć obok niego bez opłaconej wejściówki. Noc pozbawiona byłaby swojej adekwatnej aury, gdyby nie kolejny, pijany desperat w sali VIP, który usiłował przekroczyć granicę zmysłowego seansu hostessy, żądając upojnych chwil we dwoje — przywileju zarezerwowanego wyłącznie dla nielicznej rzeszy wysoko postawionych klientów. I tak w kółko, jak w transie powtarzalności, od jednej awantury do drugiej, od kłamstwa do agresji, aż do chwili, gdy pierwsze blade promienie brzasku nie zaczęły rozświetlać ulicy, obnażając smutną prawdę o upadku nocy.
Damian spojrzał na zegarek – kolejna zmiana w „Dekadencji” dobiegała połowy. Gwar ciężkiej, basowej muzyki i ochrypłe okrzyki z głównej sali, powoli zaczynały tępić jego zmysły. Potrzebował chwili przerwy, wycofania się z tej agresywnej pulsacji neonów i potu. Uczynił szybki gest dłonią w kierunku kolegi, by ten przejął posterunek, a następnie zanurzył się w czeluść wąskiego korytarza za barem.
Była to strefa, w której zgiełk i hałas zamierały, ustępując miejsca stłumionemu szumowi własnych myśli i dusznemu powietrzu. Korytarz wił się za kulisami klubu, długi i kręty, niczym wężowy ogon. Oświetlały go jedynie przygaszone żarówki, które sączyły żółtawe światło na puszystą wykładzinę.
Mijał drzwi za drzwiami. Niektóre, opatrzone skromnymi tabliczkami, prowadziły do kabinetów wynajmowanych na prywatne uciechy dla uprzywilejowanych gości. Jednak Damian kierował się w głąb, tam, gdzie architektura klubu gęstniała i stawała się nieprzystępna.
W odległych kątach labiryntu znajdowały się pomieszczenia zarezerwowane wyłącznie dla pracowników, pachnące chlorem i papierosami – szatnia, toalety i nieduża kuchnia, w której dominował ostry zapach męskich perfum i świeżo parzonej kawy.
Najmroczniejsza siła przyciągania tkwiła jednak w zakamarkach, do których dostępu nie miał choćby on — człowiek stojący u bram „Dekadencji”. To było dźwiękoszczelne pomieszczenie, pozbawione klamek, ukryte za ciemną boazerią, milczące i pilnowane przez ludzi, z którymi nigdy przedtem nie miał do czynienia.
Tam kręcił się wyłącznie szef i kilku najbliższych mu powierników. Damian czuł intuicyjnie, iż za tymi ukrytymi portalami kryje się serce biznesu, prawdziwy motor napędzający to plugawstwo. Marzył, aby zyskać łaskę Luana na tyle, aby stać się wybrańcem, przed którym otworzą się te enigmatyczne wrota.
Damian stał jak w letargu ze wzrokiem zatopionym w grafitowej framudze, za którą znajdowało się to gniazdo decydentów do momentu, w którym ze środka wypadła skulona, bezładna postać, niczym kamyk kopnięty czubkiem buta. Najpierw zauważył ciemnoczerwoną ciecz, która strumieniem lała się z otwartej rany na prawej dłoni, którą mężczyzna spazmatycznie przyciskał do piersi, a dopiero potem do jego uszu dotarł rozpaczliwy, zduszony krzyk – lament pełen panicznego bólu i upokorzenia. W ułamku sekundy, jak w kalejdoskopie przemknęły mu przed oczami barczyste postacie dwójki ochroniarzy, którzy wyszli za nim, wlekąc nieszczęśnika w czerń korytarza. Ignorowali jego desperacki protest z niewzruszonym spokojem. Damian nie miał pojęcia, jakie okrucieństwo właśnie wydarzyło się za tymi drzwiami, ale wizja krwi i strachu wyryła się w jego pamięci jak napis na nagrobku. Nim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, czy w pełni zreflektować się nad tym przelotnym horrorem, poczuł, iż potężna siła odciąga go gwałtownie w przeciwnym kierunku. Ułamek sekundy później zrozumiał, iż znajduje się w blasku jarzeniówek, pomieszczenia socjalnego. Tuż obok znajdował się Arek — jeden z mężów zaufania i dyskretnych sprzymierzeńców szefa. Mężczyzna ściskał jego ramię ze skupioną intensywnością, a jego oczy nie pozwalały Damianowi spojrzeć w tamtą, zakazaną stronę.
— Ja pierdolę! — wyrzucił z siebie Damian, będąc na pograniczu paraliżującego strachu i głębokiego zdumienia. — Co tam się stało?! Arek! Kurwa!
Arkadiusz, mężczyzna w średnim wieku o łagodnym usposobieniu i głębokim, radiowym tembrze głosu, którego chciało się słuchać w nieskończoność, przeszył go spojrzeniem pełnym empatii i zrozumienia Był niczym latarnia morska na wzburzonym morzu deprawacji – jedynym stałym i jasnym elementem, choć pokrytym solą i brudem tego przybytku. Nosił w sobie ciężar wszystkich minionych nocy i widmo jutrzejszych zdarzeń; w kącikach jego ciemnobrązowych oczu gnieździło się zmęczenie, a wyraz jego twarzy nosił piętno kogoś, kto już dawno wyrzekł się złudzeń. Widział za dużo, aby zachować niewinność i wiedział zbyt wiele, aby móc spać spokojnie. Arek był żywym archiwum zakazanych historii i cichym świadkiem moralnego upadku, osobą godną zaufania tylko dlatego, iż dotarł już do kresu udręki tego miejsca.
— A jak myślisz, Damian? — jego głos, jak zwykle opanowany i wyważony, jednocześnie pełen rezygnacji, której nie wzruszał choćby własny los. — Myślałeś, iż to łatwa fucha? Szybki zysk?
Damian otworzył szerzej oczy, jakby w jego umyśle pękła bańka złudzeń, a istota tego miejsca objawiła mu się w pełnej i odrażającej krasie.
—Goniec podkrada towar, więc stracił palce, proste — oświadczył, najbardziej oczywistym i niewzruszonym głosem, jaki Damian dotąd słyszał. Ten niski, aksamitny ton rezonował jak kojące echo refrenu spokojnej melodii.
— Chcesz się wycofać? — zapytał, znając odpowiedź. — Za późno, nie ma już odwrotu, Damian. Tutaj nie ma umowy pracę z okresem wypowiedzenia.
Sparaliżowany strachem chłopak z trudem przełknął ślinę, nie odrywając wzroku od jego kamiennego wyrazu twarzy. Oczy Arka, głębokie i szczere, przeszywały go na wylot, nie zawierając ani grama osądu, ale tylko oznajmiając mu niewygodną i brutalną prawdę. Damian zaczął się trząść, ale nie miał odwagi się ruszyć – stał jak zahipnotyzowany, zniewolony wzrokiem tego, który już dawno temu zrzekł się ludzkich uczuć.
— Nie chcę się wycofać, po prostu… nie spodziewałem się…
— Czego się nie spodziewałeś? Że Luan pilnuje swoich kurierów?
— Nie sądziłem, iż jest taki bezwzględny.
Z gardła mężczyzny wyrwał się głośny śmiech, pełen wyższości i pogardy.
— Gdyby Luan Jashari miał w tym jakiś interes, sprzedałby własną matkę do burdelu, Damian — podjął, z głębokim współczuciem patrząc w jego sparaliżowane lękiem, szaroniebieskie tęczówki. — Naprawdę próbowałem cię zniechęcić, starałem się odwieść cię od tej współpracy, ale nie słuchałeś. Teraz jest już za późno, rozumiesz? Robisz to, co on każe. jeżeli będzie chciał, żebyś pracował miesiąc z rzędu, będziesz pracował miesiąc z rzędu. jeżeli będzie chciał przelecieć twoją dziewczynę, przeleci twoją dziewczynę, kumasz? Nie ma odwrotu.
Damian nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Jego usta pozostały bezwładnie uchylone, a strach, który sparaliżował go już wcześniej, przeszedł w stan głębokiej, dojmującej beznadziei. Wszystko, co do tej pory miało wartość, straciło na znaczeniu. Zrozumiał, iż złapał się w żelazną pułapkę, a ceną wolności było zaprzedanie duszy diabłu. Potwierdził zrozumienie ledwie zauważalnym ruchem głowy, jakby istota rzeczy przestała go obchodzić.
Arkadiusz odczytał ten bezgłośny komunikat.
— Dobrze, iż się rozumiemy. — szepnął, a ciepły ton głosu zadrżał z ledwo wyczuwalnym żalem. — Pamiętaj jedno, kiedy będziesz potrzebował dachu nad głową, Luan stanie za tobą murem, przychyli ci nieba i obwaruje twoich bliskich, ale gdy zawiedziesz jego oczekiwania lub staniesz na drodze jego żelaznej woli, zostaniesz zmieciony. Jego bezwzględność jest absolutna, nie ma ceny, której by nie zapłacił, ani życia, którego by nie poświęcił, aby osiągnąć swój cel. A teraz wracaj do pracy. — Wskazał głową na korytarz.
Damian obrócił się na pięcie, niczym kamień rzucony w taflę wody, zanurzył się z powrotem w otchłań klubu, zupełnie niewzruszony gwarem muzyki i ochrypłymi okrzykami. Beznadzieja otoczyła go jak całun, a jego wola została stłamszona i zastąpiona żelazną, apodyktyczną wolą Luana Jashariego.
Idź do oryginalnego materiału