Daria wróciła wcześniej do domu z upominkami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania, Jan wysłał ją do sklepu. Skutki tej sytuacji okazały się zaskakujące.

newsempire24.com 2 dni temu

Daria wróciła do domu wcześniej niż planowała, z naręczem smakołyków od rodziców. Miała w głowie romantyczny plan zrobić mężowi niespodziankę. Niestety, Bartek zamiast ciepłego powitania wysłał żonę do sklepu. Skutki okazały się… cóż, dość polskie i bardzo nieprzewidywalne.

Walizka tak mocno ciągnęła jej ramię, iż Daria aż jęknęła. Plecy piekły ją żywym ogniem przez ostatnie dwa miesiące stały się jej najwierniejszym towarzyszem. Uważnie postawiła torby na krzywym, zapadniętym chodniku przy przystanku.

Daria westchnęła głęboko. Maluch w brzuchu zaprotestował energicznym kuksańcem. Szósty miesiąc ciąży nie żarty. Zwłaszcza gdy próbujesz zrobić niespodziankę mężowi i wracasz od rodziców aż trzy dni wcześniej niż przewidziane. Tak tęskniła, iż ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła już nie drzewa, tylko słupy trakcyjne.

Ciekawe, co teraz robi Bartek? Pewnie choćby nie podejrzewa, iż jest już tu ledwo dziesięć minut piechotą od mieszkania. Droga do klatki schodowej wydawała się bez końca. Torby wypchane domowym dżemem, swojską kiełbasą i jabłkami ważyły tyle, co połowa auta rodziców.

Po pięćdziesięciu metrach Daria zrozumiała: nie doniesie. Kręgosłup zwyczajnie odmówi jej dalszej współpracy.

Wyjęła telefon i wystukała numer męża.

Bartuś, hej wyszeptała, gdy w końcu odebrał.

Daria? Co jest? Stało się coś? spanikował od razu, bo na światłach zawsze trąbił pierwszy.

Wszystko ok. Już wróciłam! Stoję pod blokiem, przy przystanku. Wyjdź mi na spotkanie, bo tych tobołów nie uniosę mama się postarała

W słuchawce rozgościła się niezręczna cisza. Daria zerknęła na ekran, czy połączenie się nie urwało.

Ty pod klatką? Teraz? Bartek wydał z siebie pisk wyższy niż dzwonek Nokii. Ale jak to? Przecież miałeś wracać w czwartek!

Chciałam zrobić ci niespodziankę spoważniała Daria. Nie cieszysz się? Jestem padnięta, proszę, wyjdź do mnie.

Zaczekaj! wrzasnął nagle. Nie idź do mieszkania. To znaczy idź, ale najpierw… Słuchaj, w domu pusto jak w szafie księgowej z ZUS-u. Wczoraj wszystko dojadłem. Wpadnij proszę do Carrefour Express za rogiem, kup dobrego wołowego i ziemniaków świeżych, bo nasze to już żyją własnym życiem. Dzisiaj wziąłem urlop, chcę zrobić ci konkretny obiad i przywitać po ludzku.

Bartek, ty żartujesz? Daria była w szoku. Słyszysz siebie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży i stoję z dwiema walizkami, a ty mi wyskakujesz z ziemniakami? Ty naprawdę nie możesz sam zejść i mi pomóc? Przecież ja już ledwo stoję!

Daria, ale zrozum, bardzo mi zależy! Sklep tuż obok, wrzuć do koszyka mięso i kartofle, a w razie co poproś kogoś, by pomógł donieść… No proszę cię! To dla nas!

Daria spojrzała na zgrabiałe dłonie i poczuła, jak rośnie w niej gula. Ale co robić? Potulnie ruszyła do sklepu.

Wpychała wózek między regałami, czując na sobie współczujące spojrzenie znudzonej kasjerki. Wołowina ciężka, siatka kartofli cios dla wszystkich, kto myślał, iż jest twardy. Kiedy wyszła ze sklepu, nie czuła już palców u rąk. Zostały jej tylko klamry do przetrzymywania siatek.

Zadzwonił telefon.

Kupiłaś? żywo zapytał Bartek.

Kupiłam, już stoję pod klatką. Otwieraj.

Stój! Nie wchodź jeszcze, błagam! Usiądź na ławce przed blokiem, daj mi dziesięć minut.

Ty chyba żartujesz!? Chyba nie zamierzasz mi kazać siedzieć na zimnej ławce z tymi worami? Mam tak opuchnięte nogi, iż czuję się jak baleron!

Szykuje się niespodzianka! powtarzał uparcie. Weź pięć minut luzu, zaraz kończę!

Usiadła na cuchnącej jeszcze starym dymem drewnianej ławce, torby rąbnęły o bruk. Miała ochotę cisnąć wołowiną prosto w okno trzeciego piętra.

Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Daria gotowała się w środku. Przed oczami miała wizje: może kwiaty? Może kolacja przy świecach? A może skrzypek z Teleexpressu za winklem? Nic, choćby Bach na żywo, nie usprawiedliwiał tego, by kazać jej tak stać na mrozie z kilogramami kartofli.

Gdy wskazówka zbliżyła się do trzydziestej piątej minuty, drzwi klatki jęknęły wybiegł Bartek. Wyglądał jakby dopiero co wyskoczył z wanny po kursie jogi: koszulka na lewej stronie, pot na czole, włosy postawione w cztery świata strony.

No widzisz, siedziałaś! usiłował się uśmiechnąć, chwytając siatki. Czemu taka wkurzona? Pogoda ładna…

Czemu jesteś cały spocony? I czemu od ciebie tak wali domestosem?

Zobaczysz! i nic więcej, winda, hop na trzecie piętro.

Weszli do mieszkania. Bartek stanął w progu oczekując fanfar i oklasków niczym złoty medalista skoków narciarskich. Daria weszła do przedpokoju od razu zaatakował ją smród chloru pomieszany z tanim morskim powiewem z marketu.

Okrążyła salon, kuchnię, łazienkę. Było… czysto. Nienaturalnie czysto. Stosy porozrzucanych ubrań zniknęły. Dywan odkurzony o, choćby mokre foki zostały. Kurz starannie starł, statuetki stały w kącie jak emigranci na poczcie.

No i co?! Bartek lśnił jak nowa dwuzłotówka. Sztos niespodzianka, prawda?

Daria powoli odwróciła się do niego.

I to wszystko? odparła ciszej i groźniej niż nauczycielka na zebraniu.

Jak to wszystko?! oburzył się Bartek, gotów recytować listę osiągnięć. Dario, trzy godziny się tu tłukłem! Myłem podłogę, przestawiłem Ci choćby kwiatki, przetarłem krzesła! Umysł sprzątacza w czynnym stadium. Ty tylko na zakupy wyskoczyłaś, a ja tu zapieprzałem, żeby cieszyłaś się czystością!

Daria poczuła, jak łzy napływają jej do oczu.

Czy ty naprawdę… nie dokończyła, bo głos jej się załamał. Dla sprzątniętej podłogi kazałeś mi zapierniczać do sklepu?

Nie poszedłeś po mnie, choć cię błagałam, bo… szorowałeś kibelek?

No jasne! rozłożył ręce w geście Czego jeszcze chcesz?. Chciałem właśnie tak: przyjeżdżasz do czystości, nie musisz nic robić, tylko odpoczywasz. Zawsze mówisz, iż nie pomagam, to się postarałem. Prawie nie spałem, zapomniałaś docenić!

Czy ty jesteś normalny? Daria wybuchła. Mam gdzieś twoją podłogę! Ledwo uszłam z tymi worami, a ty z mopem w ręku urządzasz mi Domowe Rewolucje?! Dziecko nam się rodzi, a ty choćby nie wyjdiesz mnie przywitać?!

Bartek zrobił się czerwony jak burak. Cisnął szmatą do zlewu.

Ooo, już się zaczyna! Wszystko źle, wszystko nie tak! Ja tu harowałem od rana, a ona focha strzela! Popatrz tylko jak lśni, na ślubie tu nie było tak sterylnie!

Ale po co mi czysta chata, skoro przez ciebie zmarzłam na ławce pół godziny? Musiałam wlec się z zakupami, nogi mi odpadają! Bartek, to nie niespodzianka, tylko sabotaż!

Sabotaż? kręcił się w kółko, wymachując rękami. Sorry, iż nie jestem perfekcyjny! Inna by się cieszyła, iż mąż porządek zrobił i jeszcze planuje coś ugotować. Ty tylko narzekasz! Może ja też jestem zmęczony?! Całą noc nie spałem, żeby ci zrobić niespodziankę i się nie doczekałem podziękowania!

Daria ukryła twarz w dłoniach.

Ty nic nie rozumiesz szlochała. Wybrałeś czysty parapet, a nie moje zdrowie.

Ale co ma do tego parapet?! wrzasnął. Gdybyś przyjechała w czwartek, zdążyłbym wszystko! To ty popsułaś niespodziankę, a jeszcze mnie obwiniasz! Daria, jesteś niewdzięczna i już!

Z hukiem zatrzasnął drzwi do sypialni.

W brzuchu Darii znów zameldował się dzidziuś. Osiadła ciężko na kuchennym krześle, patrząc na torbę z mięsem porzuconą obok lodówki. Chciało jej się wymiotować wszystko ją bolało.

Po dziesięciu minutach Bartek w końcu uchylił drzwi.

To co, robić to mięso? Może ty masz focha i nie zjesz, żeby mi zrobić na złość?

Nie rób nic, Bartek. Daj mi spokój, chcę się przespać.

Bardzo proszę! zatrzasnął za sobą drzwi.

Daria doczłapała się do łazienki. W lustrze odbiła się blada twarz z worami pod oczami i fryzurą tylko Bóg rozumie. Całą drogę w autobusie wyobrażała sobie, iż Bartek przytuli ją, szepnie Kochanie, nareszcie w domu. No, przytulił jasne…

Gdy ledwo wytrzepała z siebie resztki żalu i wylazła z łazienki awantura zaczęła się na nowo. Bartek dopiekł jej jeszcze za jakiś drobiazg.

Z mieszkania wyszła jak stała, choćby butów specjalnych na zmianę nie założyła. I znowu pojechała do rodziców.

Rozwodzić się odradzali jej wszyscy teściowie, szwagierka, sąsiadka spod trójki, a choćby jakaś kuzynka z Gdańska. Bartek dzwonił regularnie, błagał o powrót, zarzekał się, iż się zmieni. Ale Daria już wiedziała swoje: z takim mężem nie dziękuje, rozwód będzie na bank. Bo po co jej chłop, który stawia mycie podłogi nad zdrowie ich wspólnego dziecka? Dziękuję, postoję najlepiej pod domem, bez siatki ziemniaków.

Idź do oryginalnego materiału