Kasia wróciła do domu trzy dni wcześniej niż planowała, z torbami pełnymi smakołyków od rodziców. Miała nadzieję sprawić mężowi niespodziankę, ale Marek, zamiast ciepłego powitania, wysłał ją do sklepu. Skutki tej decyzji były zaskakujące.
Ciężka torba tak mocno obciążyła jej ramię, iż Kasia aż jęknęła. Od dwóch miesięcy bolały ją plecy i niestety towarzyszyły jej już niemal codziennie. Ostrożnie odstawiła siaty na nierówny asfalt przystanku.
Westchnęła głęboko. Dziecko w jej brzuchu niespokojnie się poruszyło. Szósty miesiąc to już żarty się skończyły. Tym bardziej, gdy wraca się od rodziców z tygodnia na trzy dni wcześniej, by zrobić ukochanemu niespodziankę. Tęskniła tak bardzo, iż ostatnie sto kilometrów w autobusie niemal odliczała po słupach.
Ciekawe, co teraz porabia Marek? Pewnie nie spodziewa się, iż już jest w Warszawie tylko dziesięć minut spacerem od domu. Droga do klatki wydawała się nie mieć końca. Torby, wypchane matczynymi przysmakami słoikiem powideł, domowym boczkiem, ciężkimi jabłkami ważyły chyba tonę.
Po przejściu pięćdziesięciu metrów Kasia zrozumiała, iż dalej nie da rady. Kręgosłup odmówi posłuszeństwa.
Wyjęła telefon i wybrała numer męża.
Mareczku, cześć szepnęła, gdy wreszcie odebrał.
Kasiu? O co chodzi? Stało się coś? przestraszył się.
Nic się nie stało. Wróciłam! Stoję na przystanku pod domem. Wyjdź po mnie, proszę, nie uniosę tych toreb, mama napakowała mi wszystkiego
W słuchawce zapadła dziwna cisza. Kasia zerknęła, czy połączenie się nie rozłączyło.
Jesteś na przystanku? Marek aż podniósł ton. Teraz? Czemu nie uprzedziłaś? Mieliśmy się widzieć w czwartek!
Chciałam zrobić ci niespodziankę burknęła Kasia. Nie cieszysz się? Jestem zmęczona, wyjdź już, proszę!
Zaczekaj! krzyknął nagle Marek. Nigdzie nie idź. Tzn. możesz podejść, ale Kasiu, słuchaj, w domu pustki. Wszystko zjadłem wczoraj. Może zrób tak: wejdź do Żabki na rogu i kup trochę mięsa, dobrej wołowiny. Dzisiaj wziąłem wolne w pracy, chciałem ugotować obiad i powitać cię jak należy.
Jakie mięso, Marek? zdezorientowana Kasia zatrzepotała rzęsami. Słyszysz mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję z ogromnymi torbami i bolą mnie plecy!
Mam ziemniaki i jajka w domu. Proszę cię, po prostu wyjdź, jestem głodna i chcę się położyć.
Kasiu, nie rozumiesz zaczął tłumaczyć się nerwowo. Chciałbym, żeby wszystko było idealnie. Sklep jest o krok. Kup mięso, weź świeżych ziemniaków, bo nasze już zwiędły. Może poproś kogoś o pomoc z tymi torbami To dla nas, przygotuję wszystko!
Kasia spojrzała na czerwone dłonie. W sercu poczuła gorycz i złość.
Marek, czy ty się dobrze czujesz? jej głos drżał. Proponujesz, żebym z tymi torbami, w moim stanie szła jeszcze do sklepu, bo chcesz zjeść obiad?
Nie możesz zejść i sam pójść?
Już zacząłem no wiesz, przygotowania! Jak wyjdę, to wszystko się popsuje. Kasiu, zrozum, proszę. Kup tej wołowiny, osiemset gramów, i ziemniaków trochę. Czekam na ciebie!
Rozłączył się. Kasia stała, patrząc na ciemny ekran. Chciało jej się płakać, tu i teraz, na pustym przystanku, pod zimnym światłem latarni. Zamiast objęć i ciepłego łóżka czekał ją dział mięsny. „Może rzeczywiście przygotował coś niesamowitego?” przemknęło jej przez myśl. Westchnęła, podniosła torby i ruszyła do sklepu, utykając.
Męczyła się z wózkiem po sklepowych alejkach, łowiąc współczujące spojrzenia zaspanej kasjerki.
Wołowina była bardzo ciężka, a worek ziemniaków niemal nie do udźwignięcia. Gdy wyszła ze sklepu, dłoni już nie czuła. Palce sztywne jak haki.
Telefon zadzwonił ponownie.
Kupiłaś? Marek zapytał radośnie.
Tak wysapała Kasia. Już pod klatką. Otwieraj.
Stój! Marek niemal krzyknął. Nie wchodź! Poczekaj na ławce, dziesięć minut i schodzę!
Żartujesz? Kasię poniosło i zdusiła krzyk, mając w nosie ludzi wokół. Marek, jakie dziesięć minut? Nogi mi puchną, ledwo stoję!
Niespodzianka niegotowa! powtarzał uparcie. jeżeli wejdziesz teraz, wszystko na nic. Usiądź, odetchnij na powietrzu. Pięć minut, Kasiu, przysięgam! Muszę zdążyć!
Opadła z trudem na drewnianą ławkę pod klatką. Siaty walnęły o ziemię. Miała ochotę rzucić tę nieszczęsną wołowinę w ich okno na trzecim piętrze.
Minęło dziesięć minut. Potem kolejne dziesięć. Wszystko w Kasi w środku wrzało. Wyobrażała sobie, iż po wejściu zastanie mieszkanie pełne kwiatów, śniadanie przy świecach, skrzypka w kącie Ale żadna z tych rzeczy nie mogła zrekompensować, iż musiała tyle czekać na ławce, po takim dniu.
Po trzydziestu pięciu minutach Marek w końcu wybiegł z klatki. Wyglądał na wymęczonego i podenerwowanego: t-shirt na lewej stronie, pot na czole, włosy rozczochrane.
Siedzisz! wymusił uśmiech, łapiąc torby. Czemu taka zła? Pogoda piękna no, chodź już szybko!
Czemu cały mokry? Kasia zmrużyła oczy, podnosząc się z trudem, trzymając się poręczy. I czym tak śmierdzisz?
Zobaczysz! Marek podskoczył do windy, nie mogąc się doczekać.
Weszli do mieszkania. Marek szeroko otworzył drzwi, czekając na zachwyt. Kasia poczuła zapach chlorku i taniego odświeżacza morska bryza.
Przeszła przez przedpokój, zajrzała do kuchni i łazienki. Mieszkanie było bardzo czyste. I jakieś puste. Wszystko schowane, dywan odkurzony (tu i ówdzie wciąż mokre ślady), kurz z półek starty. Ulubione figurki stały w kącie, jakby zapomniane.
No i co? Marek promieniał jak nowa złotówka. Niespodzianka!
Kasia powolutku zwróciła się w jego stronę.
I to wszystko? zapytała cicho.
Jak to wszystko? Marek aż przysiadł z oburzenia. Kasiu, zobacz! Trzy godziny harowałem! Umyłem podłogę, choćby za kanapą! Wszystkie naczynia, sedes błyszczy jak nowy. Chciałem, żebyś wróciła do czystego domu, żebyś nie musiała nic robić. Latałem tu jak szalony, gdy ty byłaś w sklepie.
W jej gardle coś ścisnęło.
Czy ty dlatego wyrzuciła z siebie drżącym głosem dlatego kazałeś mi tachać torby i iść do sklepu? Bo myłeś podłogę?
Nie mogłeś wyjść po mnie, bo szorowałeś kuchnię?
No tak! Marek rozłożył ręce. Przecież robiłem to dla nas! Wiecznie narzekasz, iż nic nie robię w domu, to chciałem się wykazać. Wróciłaś wcześniej, nie wyrobiłem się! Musiałem cię jeszcze trochę potrzymać, żeby skończyć. A ty, zamiast podziękować, od razu foch. Zobacz, jak czysto, choćby w dzień ślubu tak nie było!
Po co mi ta czystość za taką cenę? Kasia aż się dusiła z żalu. Sprawiłeś, iż pół godziny siedziałam na zimnej ławce. Zmarzłam, nogi mnie bolą! Kazałeś mi jeszcze kupować mięso i ziemniaki, kiedy ledwo idę! To nie niespodzianka, a kpina!
Jeszcze ci źle! Marek zaczął machać rękami. Przepraszam, iż nie jestem idealny! Inna by się cieszyła, iż mąż ogarnął mieszkanie i chciał ugotować. A ty tylko mówisz: Moje plecy, moja ciąża, moje torby. Też jestem zmęczony! Całą noc nie spałem, myślałem, jak ci sprawić radość!
Kasia ukryła twarz w dłoniach.
Ty naprawdę nic nie rozumiesz wyszeptała przez łzy. Poświęciłeś mojego ducha i zdrowie dziecka dla perfekcyjnej czystości.
Po co te wywody! Marek znów podniósł głos. Sama winna, przyjechałaś wcześniej! Zniszczyłaś mi cały plan! Gdybyś była w czwartek, wszystko by się udało. Ale nie, musiałaś przyjechać i zrobić ze mnie potwora! Jesteś niewdzięczna, Kasiu, zwyczajnie niewdzięczna!
Trzasnął drzwiami do sypialni.
Dziecko w brzuchu znów się poruszyło. Kasia powoli osunęła się na krzesło, spoglądając na siatkę z mięsem, którego Marek choćby nie schował do lodówki. Czuła mdłości.
Minęło dziesięć minut i z kuchni wychynął Marek.
To co, gotować to mięso? burknął. Czy teraz nie będziesz jadła, żeby mi zrobić na złość?
Niczego nie gotuj, Marku powiedziała cicho, choćby nie zerkając w jego stronę. Daj mi spokój. Chcę się położyć.
To bardzo proszę! znów trzasnął drzwiami.
Kasia, chwiejąc się, poszła do łazienki. Spojrzała w lustro: blada, podkrążone oczy, rozczochrane włosy.
Przypomniała sobie, jak wracając, wyobrażała sobie szybkie powitanie, przytulenie, słowa: Na szczęście już jesteś. Jasne, przytulił Po umyciu twarzy wróciła do kuchni i sprzeczka wybuchła od nowa. Marek po raz kolejny ją zbeształ o jakąś drobnostkę.
Wyszła z domu w tym, w czym była. Dobrze, iż nie zdążyła się przebrać. Pojechała z powrotem do rodziców.
Wszyscy odradzali rozwód: teściowie, szwagierka, choćby dalsza rodzina. Marek regularnie dzwonił, przepraszał, prosił o powrót, twierdził, iż wszystko zrozumiał. Ale Kasia już podjęła decyzję takiego męża nie chce i do rozwodu na pewno dojdzie. Bo po co jej mężczyzna, dla którego czyste mieszkanie jest ważniejsze niż zdrowie ich nienarodzonego dziecka?











