Dziennik osobisty: Wizyta cioci, żona we łzach
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Po drugiej stronie łóżka moja żona też się przebudzała. Delikatnie położyłem rękę na jej ramieniu:
Kochanie, śpij dalej, ja otworzę.
Wyszedłem na korytarz, lekko mrucząc pod nosem Kto to może być tak późno w nocy?
Po otwarciu drzwi zobaczyłem w progu moją ciocię, Janinę, z wielką torbą w dłoni. W jej cieniu stał jej mąż, wujek Stanisław, przestępując z nogi na nogę.
Mój kochany siostrzeniec! wykrzyknęła ciocia. Nie cieszysz się, iż mnie widzisz? Chodź tu, przytul swoją ciocię! chwyciła mnie za ramię, jakby chciała mnie udusić w uścisku.
Skończył się spokój pomyślałem z nostalgią, niosąc bagaże cioci przez przedpokój.
Reszta nocy przebiegła w totalnym chaosie. Ciocia odmówiła spania na kanapie, bo według niej była za twarda i niewygodna. Oznajmiła mi, iż może sam ją położę spać, bo przecież jestem silny.
Moja żona, Dobrosława, była kompletnie oszołomiona od pierwszych minut wizyty. Minęła zaledwie godzina od ich przyjazdu, a mieszkanie już było wywrócone do góry nogami. W końcu poszliśmy spać ciocia z wujkiem zajęli nasze łóżko, my z żoną wciskaliśmy się na rozkładanej kanapie.
Jak długo myślisz, iż tu zatrzymają się ciocia z wujkiem? wyszeptała Dobrosława, gdy podawała mi śniadanie.
Nie wiem zapytam po pracy odpowiedziałem szeptem.
Dobrosława nerwowo słuchała chrapania dobiegającego z sypialni, po czym westchnęła:
Robert, boję się ich wróć dziś wcześniej, proszę.
Postaram się obiecałem i wyszedłem do pracy.
Gdy wróciłem po południu, zastałem odświętnie nakryty stół. Kuchnia pachniała jak w Wigilię.
Wchodź, siostrzeńcze! Świętujemy rodzinne spotkanie zawołała ciocia z kuchni.
Dobrosława szepnęła mi do ucha:
Jak dobrze, iż wróciłeś!
Zasiedliśmy razem do obiadu.
Ciociu, długo już jesteście w Warszawie? zapytałem, próbując brzmieć naturalnie.
Już nas stąd wyrzucasz? mruknęła obrażona ciocia do wujka.
Ciociu, o co chodzi? Zostańcie u nas tak długo, jak potrzeba! byłem autentycznie zakłopotany.
Zostaniemy, Robercik! My już sprzedaliśmy nasze mieszkanie. Zostaliście nam tylko wy. Przecież nie wyrzucisz cioteczki na ulicę, prawda? Ile nam życia zostało, jeszcze to wytrzymasz? teatralnie starła łzę z policzka.
Zaniemówiłem. Dobrosława zaczęła płakać i wybiegła z jadalni. Wszyscy zamilkli. Wujek Stanisław jadł sałatkę, jakby nic się nie stało.
I co, będziesz siedział cicho?! krzyknęła ciocia do męża. Ty tylko potrafisz jeść! Chociaż raz coś powiedz!
Kochanie, całkowicie się z tobą zgadzam mruknął wujek.
Ty maminsynku! wrzasnęła ciocia. To ja o wszystkim decyduję w tym domu, a on tylko przytakuje. Co to za mężczyzna? zwróciła się do mnie. Jesteś szczęśliwy, siostrzeńcze?
Będziecie mogli zostać, ile tylko chcecie! powiedziałem, choć słyszałem cichy płacz żony zza drzwi.
Brałem do ust obiad bez apetytu, a ciocia z wujkiem opróżniali półmiski z taką energią, iż aż w uszach mi dźwięczało.
Gdy już nic nie zostało na stole, ciocia oparła się na krześle, przeciągnęła i oznajmiła:
Teraz jestem najedzona. Robert, żartowałam! Przyjechaliśmy tylko na badania do szpitala, pewnie na trzy dni. I muszę przyznać, świetnie sobie radzisz jako gospodarz. Byłeś wystraszony, ale nie pokazywałeś tego po sobie. Dobrze pamiętasz o rodzinie. Po mojej śmierci dostaniesz moje mieszkanie, bo nie mamy dzieci. Jesteś jedynym spadkobiercą.
Poczułem ogromną ulgę i, śmiejąc się, powiedziałem:
Oby ciociu żyła sto lat! Tylko niech mnie już nie odwiedzają takie rodzinne wizyty!
W tych kilku dniach, gdy ciocia z wujkiem byli z nami, moja Dobrosława zamieniła się w ciągle płaczącą dziewczynę wszystko jej nie pasowało: zupa była taka sobie, kotlety zbyt twarde, pranie źle zrobione, podłoga niewłaściwie umyta.
Przy wyjeździe ciocia szepnęła mi na ucho:
Jak ty mogłeś poślubić taką płaczkę? Jest w ciąży? Cały czas płacze.
Gdy za rodziną zamknęły się drzwi, Dobrosława zaczęła tańczyć z euforii po kuchni:
Może już do nas nie wrócą! powiedziała z nadzieją w głosie.
Ja już nic nie mówię. Wydaje mi się, iż cioci się u nas spodobało!
Ja już tego nie zniosę! jęknęła.
Nagle zadzwonił dzwonek.
Znowu? zerwałem się na nogi. Ach, to tylko budzik! uśmiechnąłem się do siebie. Przede mną piękny dzieńDobrosława wybuchnęła śmiechem, a jej śmiech był jak powiew świeżego powietrza po burzy. Przez kilka chwil trzymaliśmy się za ręce i śmialiśmy, aż bolały nas brzuchy. Poczułem, iż mimo całego zamieszania, to właśnie te proste chwile budują prawdziwą bliskość. W końcu usiedliśmy przy stole, jedząc resztki ciocinej sałatki i żartując z rodzinnych dramatów.
Następnym razem, gdy ktoś zadzwoni do drzwi, każę ci odebrać z zasłoniętymi oczami powiedziała Dobrosława, mrugając porozumiewawczo.
A ja zrobię kakao na wszelki wypadek, gdyby znowu przyszły jakieś rewelacje odpowiedziałem i pocałowałem ją w czoło.
W tej zwyczajności, przeciągniętej przez rodzinne perypetie i łzy, odkryłem coś najważniejszego: żadna niespodziewana wizyta, żadna ciocia z wujkiem nie jest w stanie zabrać nam naszego domu bo dom to nie metraż i nie łóżko w sypialni, tylko to, iż jesteśmy razem, trzymamy się za ręce i potrafimy śmiać się do łez, gdy już wszystko inne zawodzi.
Za oknem zaczęło świtać. Dobrosława wtuliła się we mnie jeszcze mocniej.
Robert? szepnęła.
Mhm?
Następnym razem drzwi otwieramy tylko listonoszowi. Lub naszemu szczęściu.
Przytaknąłem, wiedząc, iż cokolwiek nas jeszcze czeka razem damy radę.












