No proszę, tato, jakie powitanie! Po co Ci był ten sanatorium, skoro w domu masz pełen all inclusive…
Kiedy Wiktor wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Zofia zrozumiała: twierdza zdobyta. Żaden Di Caprio nie czekał tak na Oscara, jak ona na swojego Wiktora, i to z własnym kątem.
Rozczarowana, już po trzydziestce, coraz częściej rzucała pełne współczucia spojrzenia na miejskie koty i wystawy Wszystko do rękodzieła.
A tu on samotny, który poświęcił młodość karierze, zdrowemu odżywianiu, treningom na siłowni i innym, jakby się wydawało, bzdurnym poszukiwaniom sensu życia, i do tego bez dzieci.
Zofia marzyła o takim prezencie od dwudziestego roku życia, chyba ktoś tam w niebie w końcu uznał, iż nie żartowała.
Mam ostatnią delegację w tym roku, a później jestem cały Twój powiedział Wiktor, wręczając jej wymarzone klucze. Nie przeraź się mojej jaskini. W domu bywam głównie po to, żeby się przespać rzucił jeszcze na odchodne, po czym zniknął na cały weekend w innym mieście.
Zofia zabrała szczoteczkę do zębów, krem i ruszyła sprawdzić, co to za jaskinia. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Wiktor ostrzegał, iż zamek czasem się zacina, ale nie sądziła, iż tak bardzo.
Odważnie szturmowała drzwi przez czterdzieści minut: pchała, ciągnęła za klamkę, wsuwała klucz po sam koniec, próbowała na pół-ząbka, ale drzwi uparcie nie chciały się poddać.
W końcu zaczęła działać psychologicznie, jak ją kiedyś uczyli koledzy spod trzepaka. Hałas zwrócił uwagę sąsiadki.
Przepraszam, czemu pani się dobija do czyjegoś mieszkania? odezwała się przejęta kobieca twarz zza uchylonych drzwi.
Mam klucze, nie włamuję się przecież! warknęła rozzłoszczona Zofia, ocierając pot z czoła.
A kim pani adekwatnie jest? Po raz pierwszy panią widzę dopytywała sąsiadka.
Jestem jego dziewczyną! odpowiedziała z dumą Zofia, stając wyprostowana. Ale widziała tylko wąską szczelinę drzwi.
Pani? Serio? kobieta była szczerze zdumiona.
Tak, a jakieś problemy?
Nie, żadne. Po prostu on tu nigdy nikogo nie sprowadzał (tu Zofia polubiła Wiktora jeszcze bardziej), a tu nagle…
Co nagle? nie zrozumiała Zofia.
To nie moja sprawa. Przepraszam sąsiadka zamknęła drzwi.
Zrozumiawszy, iż to ona albo nikt, Zofia wcisnęła klucz, nacisnęła aż z całych sił, prawie przekręciła futrynę. Drzwi ustąpiły.
Cały wewnętrzny świat Wiktora stanął przed dziewczyną, a jej serce zamarzło. Oczywiście, samotny mężczyzna bywa ascetyczny, ale to była prawdziwa cela.
Bidaku, Twoje serce chyba nie zna, czym jest domowe ciepło wymknęło się Zofii, gdy oglądała skromne lokum, w którym miała teraz często bywać.
A z drugiej strony była szczęśliwa. Sąsiadka nie skłamała: kobieta chyba nigdy nie dotknęła tych ścian, tej podłogi, kuchni, ani tych bladych okien. Zofia była tu pierwsza.
Nie mogąc się powstrzymać, pobiegła do najbliższego sklepu po kolorowy zasłonę, dywanik do łazienki, oraz ręczniki i łapki kuchenne.
W sklepie, wiadomo, poniosło ją… Do dywanika i zasłony doszły odświeżacze powietrza, mydełko manualnie robione, wygodne pojemniki na kosmetyki.
Dodawanie takich drobiazgów to żaden nietakt tłumaczyła sobie Zofia, podczepiając do pierwszego wózka drugi.
Zamek już jej nie przeszkadzał. adekwatnie przestał jakkolwiek działać, przypominał bramkarza hokejowego, który zapomniał maski.
Zrozumiawszy swój błąd, do północy wykręcała stary zamek kuchennymi nożami, a rano pobiegła do sklepu po nowy. Noże też wymieniła. A potem już widelec, łyżki, obrus, deski do krojenia i podkładki pod gorące. Zasłony były już blisko.
W niedzielę w południe zadzwonił Wiktor musiał przedłużyć delegację o dwa dni.
Będę się tylko cieszył, jeżeli wniesiesz do mojego mieszkania trochę domowego ciepła zaśmiał się w słuchawkę, kiedy Zofia oznajmiła, iż pozwoliła sobie na małą rewolucję.
Ciepło wnosiła już niemal hurtowo, zgodnie z planem i dokumentacją techniczną. Wszystko to telepało się latami w samotnej kobiecie, teraz ręce miała rozwiązaną, więc nie wiedziała, gdzie przystopować.
Do powrotu Wiktora ze starego mieszkania został tylko pająk przy wentylacji. Zofia już miała go przegonić, ale widząc jego osiem zdezorientowanych oczu, uznała, iż nie warto pogarszać jego zszokowanego losu niech zostanie, symbol nienaruszalności cudzej własności.
Mieszkanie Wiktora wyglądało teraz jak po ośmiu latach szczęśliwego małżeństwa, późniejszym rozczarowaniu, i szczęściu na przekór wszystkiemu.
Zofia nie tylko zadbała o mieszkanie, ale i sprawiła, iż cały blok wiedział, iż jest tu nową panią domu, a wszelkie sprawy można już zgłaszać do niej. Obrączki jeszcze nie miała, ale to była tylko formalność.
Sąsiedzi początkowo patrzyli z zaciekawieniem, później tylko machali ręką: Pani decyduje, nam to wszystko jedno.
***
W dzień przyjazdu Wiktora Zofia przygotowała prawdziwą polską kolację, zapakowała swoje jeszcze jędrne partie w szykowne, nieco krzykliwe opakowanie, rozstawiła aromaty po kątach i przytłumiła nowe światło, gotowa czekać.
Wiktor się spóźniał. Kiedy Zofia poczuła, iż sukienka zaczyna boleśnie się wpijać tam, gdzie pół roku ćwiczyła przysiady, w zamku zaszurał klucz.
Zamek nowy, wystarczy mocno popchnąć! rzuciła z lekką nieśmiałością, ale z uczuciem. O żadnej ocenie nie myślała. Tak się napracowała nad mieszkaniem, iż wszystko zostanie jej wybaczone.
W momencie, gdy drzwi się otworzyły, Zofia dostała nagle SMS od Wiktora: Gdzie jesteś? Już wróciłem, mieszkanie tak samo jak było. Koledzy straszyli, iż je zawalisz kosmetykami.
Ale zobaczyła to wiadomość znacznie później. Bo na raz weszło pięć zupełnie obcych osób: dwóch młodych mężczyzn, dwóch szkolnych dzieciaków i bardzo stary pan, który, zobaczywszy Zofię, natychmiast się wyprostował i przygładził siwe włosy.
No proszę, tato, jakie powitanie. Po co Ci ten sanatorium, skoro tu taki all inclusive? zagaił jeden z młodych, zaraz dostając reprymendę od swojej żony za zadzieranie nosa.
Zofia stała w progu z dwoma pełnymi kieliszkami, nie będąc w stanie się poruszyć. Miała ochotę krzyczeć, ale nie potrafiła przezwyciężyć szoku.
Gdzieś w kącie ucieszony pająk zaczął chichotać.
Przepraszam, kim pani jest? zapiszczała Zofia.
Właścicielem tego przybytku. A pani, jak sądzę, ze przychodni, przyszła na zmianę opatrunku? Sam sobie poradzę rzekł staruszek, rzucając okiem na strój pielęgniarki, w który była ubrana Zofia.
No, A panie Adamie, tu teraz naprawdę panuje przytulność i łaska zaglądała zza pleców żona młodego. Co innego, bo poprzednio to grobowo było. Jak pani ma na imię? Nie jest pan dla pani za stary, panie Adamie? Choć szacunek mamy, własne lokum…
Z-z-zofia…
No proszę! Pan Adam zna się na ludziach!
Dziadek, patrząc na jej wygląd, też był zadowolony z takiego zbiegu okoliczności.
A Wiktor gdzie? wyszeptała Zofia. Ze stresu jednym ruchem wypiła oba kieliszki.
Ja jestem Wiktor! radośnie podniósł rękę ośmiolatek.
Poczekaj, jeszcze za wcześnie, żeby być Wiktorem skarciła go matka i odprowadziła dzieci z mężem do samochodu.
Przepraszam bardzo, chyba pomyliłam mieszkania zaczęła odzyskiwać rezon Zofia, przypominając sobie walkę z zamkiem. To jest Słowiańska 18, mieszkanie 26?
Nie, to jest Bukowa 18 ucieszony dziadek już szykował się do rozpakowywania swojego niespodziewanego prezentu.
No tak westchnęła Zofia, pomyliłam. Proszę się rozgościć, ja tylko na chwilkę do łazienki zadzwonić muszę.
Złapała telefon i uciekła do łazienki, gdzie zabarykadowała drzwi i owinęła się ręcznikiem. Wtedy przeczytała wiadomość od Wiktora.
Wiktorze, zaraz będę, trochę się zasiedziałam w sklepie odpisała.
Dobrze, czekam. Jak możesz, weź butelkę czerwonego nagrał Wiktor.
Czerwonego Zofia zamierzała przynieść w sobie. Zabierając dywanik i zdejmując zasłonę, poczekała, aż obcy przejdą do kuchni i dopiero wtedy wymknęła się z łazienki.
Szybko zgarnęła rzeczy do torby i wybiegła z mieszkania.
***
Opowiem, ale później wymamrotała Zofia, kiedy Wiktor otworzył jej drzwi.
Przesuwała się jak przez mgłę, choćby nie zerknąwszy na niego. Pierwsze kroki skierowała do łazienki, gdzie podmieniła zasłonę i rozłożyła dywanik, potem padła na kanapę w pokoju i przespała do rana, aż wszystko stres i czerwone wino z niej wyparowało.
Gdy się rano obudziła, zobaczyła przed sobą nieznajomego mężczyznę, czekającego na wyjaśnienia.
Jaki to adres?…
Butowa, osiemnaście…












