A więc znowu goście. Tylko na dwa dni przynajmniej tak twierdzą.
Kasieńko, wiesz, wybieramy się do was w odwiedziny! Mamy już bilety! usłyszałam w słuchawce kobiecy, rozentuzjazmowany głos. Chyba bardzo daleka rodzina
Zbaraniałam zupełnie gapiąc się w aparat. Kto to w ogóle jest? Po co dzwoni i czego chce? No i skąd zna moje imię?
Kto mówi? Jakie odwiedziny? zapytałam zdezorientowana.
Kasiu, no co ty? Przecież to ja, twoja ciocia Basia! padło z drugiej strony, po czym kobiecina zachichotała jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami.
Nie przypominałam sobie żadnej cioci Basi, ale mimo wszystko zapytałam ostrożnie:
W jakiej sprawie dzwonisz?
No bo zastanawialiśmy się, żeby was odwiedzić! Ty przecież mieszkasz nad morzem, a mój syn Piotruś bardzo potrzebuje jodu i powietrza tylko na chwilkę, na dwa dni
Po krótkiej rozmowie doszło do mnie, iż lekarka ponoć zaleciła Piotrusia morski klimat, ale miałam wrażenie, iż ciocia Basia nie zawsze mówi prawdę. Przysięgała, iż nas nie przytłoczą, będą sprzątać i w ogóle nie sprawią kłopotu. Przystałam z obawą znowu miałam złe przeczucia.
Dzięki, Kasiu! zapiszczała entuzjastycznie ciotka. Widzimy się w piątek!
Rozłączyła się szybciej, niż zdążyłam zebrać myśli. Spojrzałam na swojego dwunastoletniego synka, Michała.
Co się dzieje, mamo? Znowu ktoś przyjeżdża?
Jakaś ciocia Basia wzruszyłam ramionami.
Zadzwoń do babci, niech ona ci powie, kto to w ogóle jest stwierdził Michał, który wcale nie był fanem takich nieoczekiwanych wizyt. Tacy goście obiecywali złote góry, a zostawiali po sobie tylko bałagan.
Ostatnio wszystkim odmawiałam, ale jeżeli chodziło o zdrowie dziecka, stwierdziłam, iż dam szansę. W końcu dwa dni to nie wieczność
Trzy lata temu właśnie po rozwodzie kupiłam z Michałem mały domek w Rewie. Nowe miejsce i nagle wysyp krewnych, o których nigdy wcześniej nie słyszałam!
Na początku byłam choćby interesująca tych wszystkich nowych rodzinnych więzi, ale gwałtownie odkryłam, iż większość woli siedzieć u mnie na gotowym. Sięgało to absurdu choćby zmywać po sobie nie chcieli, a jak coś trzeba było kupić, to nagle to twój dom, to twoja sprawa.
Musiałam postawić twarde granice gości traktowałam po królewsku, ale tylko tych, którzy byli normalni i potrafili się zachować. Niestety, takich było niewielu.
W końcu postanowiłam skontaktować się z mamą, która została w Warszawie, ale dwa razy do roku przyjeżdżała do nas na Pomorze.
Cześć, Kasiu odebrała z uśmiechem.
Porozmawiałyśmy chwilę o codziennych sprawach, a potem ostrożnie zeszłam na temat cioci Basi i jej syna.
W życiu nie słyszałam Może to jacyś dalsi z rodziny ojca? Spytam go, choć i tak podejrzewam, iż nie wie stwierdziła mama.
No cóż, nie dowiedziałam się niczego więcej. Pozostało czekać.
Przyjechali zgodnie z zapowiedzią. Ciocia Basia korpulentna, energiczna kobieta z chytrym spojrzeniem i Piotruś, okazał się nie siedmioletnim chłopcem, jak sugerowała, ale całkiem dorosłym, piętnastoletnim chłopem. Dopiero potem wyszło, iż żadne leczenie nie wchodziło w grę, po prostu Basia chciała za darmo odpocząć nad morzem.
Pierwsze słowa po przyjeździe?
A czemu nas nie odebrałaś z dworca? fuknęła naburmuszona.
Mama nie musi, odburknął Michał, stojąc dumnie obok mnie.
Basia udawała, iż nie słyszy, ale rzuciła mu gniewne spojrzenie.
Gdzie możemy położyć rzeczy? Jakie mamy pokoje?
Jedna sypialnia wasza, więcej miejsc tu nie ma odpowiedziałam szorstko.
No proszę! Powiedziano nam, iż dom ogromny, przy samym morzu
Kto powiedział, ten chyba nie był nigdy w Rewie przerwałam jej ostro. o ile coś się nie podoba, zawsze można przenocować w pensjonacie.
Basia natychmiast zalśniła uprzejmym uśmiechem.
Kasieńko, nie przesadzaj. Zmęczona jestem. Chodźmy do środka, kochana.
Weszła pierwsza, Piotr za nią z walizkami. Michał spojrzał na mnie i wyszeptał z przekąsem:
Mówiłem, iż nie warto ich wpuszczać
Dwa dni próbowałam uspokoić i jego, i siebie jednocześnie.
Na szczęście dzień przebiegł względnie spokojnie. Ciocia i jej syn padli wcześnie, trochę narzekając, iż nie mają osobnych pokoi. Dwie inne sypialnie u mnie wciąż były w remoncie, a jak proponowałam, iż mogą spać w salonie, to też kręcili nosem. Trudno, każdy robi, jak uważa.
Następnego dnia, o szóstej rano, obudził mnie hałas. Wstałam nieprzytomna, spojrzałam na zegarek i zaklęłam pod nosem. Zawsze byłam sową, a Michał wiedział, żeby o poranku chodzić na palcach i zostawiać kartkę, jak gdzieś wychodzi. Dziś o spokoju nie było mowy.
Wyszłam do salonu, ziewając:
Co się dzieje?
Nic, Kasiu, tylko nie mogę znaleźć stroju kąpielowego! ciocia Basia rozrzucała ubrania po całym pokoju.
Nie można było tego zrobić ciszej, w waszym pokoju?
Tam za ciasno!
A na podwórku Piotr walił czymś w wiadro podobno czekał na matkę. Wyrzuciłam z siebie kilka ostrych słów, iż sąsiedzi mnie przeklną, więc Basia wrzasnęła na syna, by przestał.
Nie było już mowy o powrocie do łóżka, ruszyłam do kuchni.
Gdzie idziesz?
Po kawę burknęłam.
To dobrze, kawę chętnie się napiję, dużą, z mlekiem, trzy łyżeczki cukru zażyczyła sobie z uśmiechem ciocia.
Zastygłam w miejscu.
Pani Basiu, jest u nas samoobsługa. Kawę każdy robi sobie sam.
Atmosfera siadła. Michał wparował do kuchni, donośnie klaszcząc mnie w ramię.
Mówiłem ci, mamo. Oni są niemożliwi. Jeszcze nie jest za późno, wyrzucić ich możesz!
Jeden dzień. Przetrwamy
Dzień się dopiero zaczął westchnął Michał. Już mnie obudzili!
Po chwili do kuchni weszła obrażona Basia.
Kawy nie zrobiłyście? Kasiu, swojego syna nie uczysz szacunku do starszych?
Mojego dziecka proszę nie wychowywać syknęłam, wściekła jak rzadko.
Basia zrobiła kawę w ciszy i udawała, iż nic się nie stało. Zaraz z uśmiechem spytała:
Kasia, pokażesz nam jak dojść na plażę? Zaprowadzisz?
Trzeba wyjść ścieżką, tam już widać morze. Prosto.
Nie pójdziesz z nami?
Michał spojrzał na mnie błagalnie; już widziałam, iż nie ma najmniejszej ochoty iść z nimi.
My pójdziemy później, sami się przejdźcie.
A co na obiad?
Gotowałam na nas dwoje, gościom gotowałam, jeżeli dokładali się do zakupów. Nigdy nie byłam bogata, żeby wykarmić tabun ludzi. Bezpośrednio odpowiedziałam, jak zwykle:
My jemy z Michałem swoje. Wy możecie zjeść w barze obok.
A może byś nam ugotowała? Nie znoszę jedzenia z barów zaczęła, błagalnie patrząc mi w oczy.
Mogę, ale za określoną kwotę mówię szczerze. Mnie też nie stać na wszystko.
Basia prychnęła pod nosem.
To już wolę bar, tam przynajmniej będzie coś smacznego rzuciła pogardliwie.
Dwa dni minęły na drobnych kłótniach i tarciach. Niestety, ostatniego dnia okazało się, iż nie zamierzają wyjeżdżać.
Kasiu, no co ty! Przecież mamy urlop na tydzień! U was jest tyle miejsca, aż szkoda byłoby nie spędzić tu całego wolnego. Ty serio nas wyrzucisz?
Było mi przykro, bardzo. Te dwa dni wytrzymałam z trudem. Jako ludzie byli mi wręcz niesympatyczni. Zwłaszcza Basia. Piotr, choć duży, zachowywał się jak dzieciak kilka razy próbował podstawić Michałowi nogę, bałaganił na podwórku mimo moich próśb o ciszę. Sąsiedzi już mnie upominali.
Tak, zależy mi na spokoju i to mój dom. Za chwilę przyjadą moi przyjaciele, a umówiliśmy się na dwa dni powiedziałam rzeczowo. Niech państwo spakują się rano. Jak coś zginie albo zostanie zniszczone, wzywam policję.
Prawie krzyknęła:
Ty naprawdę chcesz nas wyrzucić? Rodzinę na bruk? Co my zrobimy?!
Piotr stał z boku, czerwony ze wstydu.
Dla mnie nie jesteście rodziną. Nikogo z moich bliskich nie pamięta was Macie czas do rana!
Wyszłam, czując satysfakcję. Wyruszyli rano, głośno narzekając. Od tego momentu obiecałam sobie żadnych rodzinnych gości, choćby na dwa dni. Dla własnego zdrowia!








